Pewne
zdarzenie, które miało miejsce gdy łączyła nas z Konradem
niezobowiązująca relacja, skutkowało utratą mojego zaufania do
niego. Z czasem stało się zobowiązująco między nami. Sądziłam,
że zaufanie będzie stopniowo odbudowywane. I tak się dzieje, a
może jest to tylko moje chcenie, by tak to widzieć. Wczoraj
mieliśmy z Konradem pierwszą , poważniejszą kłótnię. Nim
dostaliśmy „w prezencie” dodatkowy dzień wolny mieliśmy plan
pracy, a po niej swoje spotkania. Konrad z kolegą, a ja z koleżanką.
A potem wszystko się zmieniło, szczególnie u mnie. W sobotę
zakupy, drobne przygotowania i popołudniowe wyjście do znajomych.
W niedzielę nie miałam ochoty spacerować po mieście, co
proponował Konrad i nic sensownego na spędzenie wolnego czasu poza
domem mi do głowy nie przychodziło więc zostaliśmy w domu. Oboje
mieliśmy wolny poniedziałek. Konrad odbył spotkanie z projektu,
wpadł na chwilę do domu, by po ok. 2 godzinach wyjść na
zaplanowane spotkanie. Moja koleżanka postanowiła inaczej spędzić
ten dzień niż ze mną i nasze spotkanie odwołała. Zostałam sama
w domu i rozgoryczenie we mnie rosło. Oczywiście, mogłam
zaplanować sobie ten wolny czas. Ale nie miałam na to chyba ani
chęci, ani koncepcji. Początkowo chciałam wziąć samochód i
gdzieś pojechać. Tylko, że to nie był dobry dzień na samotne
wyprawy. Po cichu liczyłam, że Konrad wiedząc, że siedzę sama w
domu wróci trochę wcześniej ze spotkania. Przeliczyłam się, a
wraz z mijającym czasem stawałam się coraz bardziej zła. Kiedy
wrócił dałam upust swojemu niezadowoleniu. Od słowa do słowa
atmosfera między nami gęstniała. Moja mądrość czmychnęła w
odległe zakątki, a ja strzelałam słowami nawet grubego kalibru.
Ponieważ mnie bolało, że o mnie nie pomyślał więc uderzałam,
by poczuł to dobitnie. Oliwą do ognia była jeszcze informacja, że
to spotkanie nie było tylko z kolegą, ale też z koleżanką. Nie
wiem co we mnie wstąpiło. Nieszczęśliwa, mała, kapryśna
dziewczynka we mnie mogła pokazać co potrafi. Mam świadomość,
że okazywane wcześniej moje niezadowolenie z tego, że spotyka się
nie tylko z kolegą, ale także z tą dziewczyną poskutkowało, że
teraz Konrad nie powiedział mi o tym. Nie poznaję siebie. Nigdy
nie byłam typem zazdrośnicy....teraz jestem. Nigdy nikogo nie
ograniczałam......teraz tak się zachowuję. Zachowałam marne
resztki zdrowego rozsądku i opanowałam w końcu potok pełnych
goryczy słów jaki płynął z moich ust. Pozwoliłam nam na
spokojny dialog. Doskonale rozumiem, że każde z nas ma prawo do
części własnej strefy życia. Przecież sama nie lubię być
ograniczana. A teraz zachowuję się jak kompletna idiotka. Co się
takiego stało, że pozwalam by zazdrość rozrastała się we mnie
do takich rozmiarów ? Dlaczego zachowuję się jakbym chciała
Konrada mieć tylko dla siebie ? Zupełnie tego nie rozumiem. Czuję
się parszywie.
wtorek, 13 listopada 2018
wtorek, 6 listopada 2018
# 27
Bardzo
mnie cieszy tej jesieni częsty brak dni pełnych ołowianych chmur,
deszczu i przejmującego wiatru. Patrzę za okno i uśmiecham się
od rana do pogodnego nieba. Słońce w ciągu dnia rozbiera nas z
jesiennych okryć, nierzadkim jest na ulicy widok młodej osoby
spacerującej w koszulce z krótkim rękawem. Aż chce się żyć
:).
Ubiegły
tydzień należy do grona tych ulubionych. Wystarczył mi dzień
urlopu bym mogła przez 4 dni cieszyć się brakiem wczesnego
wstawania i każdą chwilą spędzoną z Konradem. Grobami
najbliższych zajęłyśmy się z siostrą kilka dni przed świętem.
Ze zniczami i chryzantemami pojechałyśmy dzień wcześniej. A 1
listopada, razem z Konradem, wybraliśmy się na cmentarz wieczorem,
mając nadzieję na mniejsze tłumy w komunikacji miejskiej.
Niestety, nie było tak różowo. Ale spacer alejkami cmentarza, w
blasku płonących zniczy, zrekompensował nam tę niedogodność.
Choć coraz trudniej o chwile ciszy w tym miejscu. Przed cmentarzem
pootwierano stoiska z kebabami, oscypkami, słodyczami i świecącymi
gadżetami dla dzieci. Rodziny, które miały okazję spotkać się
przy rodzinnym grobie, robiły sporo zamieszania i gwaru. W piątek
piękna pogoda skłoniła nas do wyprawy na groby moich dziadków,
które położone są w rodzinnych stronach moich rodziców. Prawie
100 km w jedną stronę. Namówiłam także siostrę by się z nami
wybrała. Przy okazji pojechaliśmy spojrzeć na dom rodzinny naszej
mamy, który parę lat temu został sprzedany stając się miejscem
letniego wypoczynku familii lekarzy. Przypominałyśmy sobie
nazwiska mieszkańców poszczególnych gospodarstw., usiłowałyśmy
lokalizować tych których pamiętamy, a których już nie ma pośród
żywych. Nie spotkałyśmy nikogo znajomego. Wieś pogrążona była
w słońcu, gorzkim zapachu jesieni i ciszy. Kiedyś było to wręcz
nieprawdopodobne, by nie zobaczyć ludzi krzątających się od rana
wokół domu. Kolejny raz miałam sentymentalną podróż do
przeszłości.
Mam
dosyć duże poczucie niezależności. Nim zaproponowałam Konradowi
wspólne zamieszkanie trochę czasu zajęło mi rozważanie, czy
poradzę sobie z dzieleniem się z nim np. przestrzenią. Mając na
uwadze własne, od ładnych, paru lat singielskie przyzwyczajenia,
obawiałam się, że nagle zrobi się ciasno. Na szczęście moje
obawy okazały się być niepotrzebnymi. Całkiem gładko weszłam w
naszą, wspólną codzienność. Choć to do mnie niepodobne, to
wiele rzeczy robimy wspólnie. Rzadko spędzamy wolne chwile z dala
od siebie. Tylko czasami wkurza mnie jego bałaganiarstwo i
zamieszanie jakie robi wokół. Nim zdążę zrobić awanturę,
jak typowy choleryk, zatrzymuję się. Powstrzymuję emocje,
przedkładam sama sobie argumenty, które gaszą moją wściekłość.
Konrad jest dla mnie bardzo ważny. Więcej jest rzeczy, za które
go cenię niż spraw, o które chciałabym się przyczepić. Cieszę
się, że jest w moim życiu. A kiedy zagarnie mnie do siebie swoimi
ramionami wtulam się całą sobą w jego ciepło i zapominam o tym
co przed chwilą podniosło mi ciśnienie.
piątek, 26 października 2018
# 26
Piękne
było tegoroczne lato, pełne słońca i wysokich temperatur. I
jeszcze do niedawna jesień otulała promieniami słońca i ciepłem.
Aż chciało się wyjść z domu na spacer. Konrad dał się nawet
skusić na kilkugodzinny wypad poza miasto. Wróciliśmy pełni
pozytywnej energii i zaopatrzeni w pachnący miód – on gryczany, a
ja borówkowy. Pachnie i smakuje wyśmienicie.
Od
kilku dni aura typowo jesienna. Zimno i deszczowo. Taka kolej
rzeczy więc się z tym godzę, ale coś na podobieństwo depresji,
nieproszone zagląda w moje progi. Mam ogromne problemy z wyjściem
z domu po powrocie z pracy. Walczę z potężną niechęcią by
pojechać na lekcję niemieckiego. Nie znajduję nawet chęci, by
usiąść do pracy domowej, do powtórzeń. Podziwiam pracowitość
Konrada. Z niecierpliwością wyczekuję wolnego weekendu, by móc
dłużej pozostać w ciepłym łóżku, by bez potrzeby nie wychodzić
z domu, by móc poszwendać się po mieszkaniu ze skwaszoną miną i
nie ubierać ust w słaby uśmiech. Będę mogła oddać się
lekturze książki, wysłuchać spokojnie zakupionych ostatnio płyt
muzycznych, może nawet obejrzeć jakieś filmy. Tik tak tik tak...
piątkowo odliczam czas do godz. 15. Zauroczona "Fall on me", utworem wykonanym wspólnie przez ojca i syna, zamówiłam nową płytę Andrea Bocelli. Zapowiada się więc dziś wspaniała duchowa uczta.
Anita
szczęśliwie się odnalazła. Ale to wydarzenie było ostatnim
gwoździem do trumny związku z Klaudią. Dobrze, że jak na razie
ich rozstanie przebiega spokojnie. Oby tak pozostało. Mój
kiepski nastrój przyczynił się do spięcia jakie miałam z Anitą.
Na razie obydwie milczymy. Mam świadomość, że mogłam
powiedzieć pewne rzeczy spokojnie. Ale tego dnia nie potrafiłam
inaczej. Całkiem na poważnie zastanawiam się nad tym co dalej z
naszą znajomością. Nie chcę pod wpływem emocji podejmować
ostatecznych decyzji.
czwartek, 27 września 2018
# 25
Kilka
dni temu skończyło się letnie dopieszczanie ciepłem. Soczysta
barwa liści powoli ustępuje jesiennej kolorystyce. Jakkolwiek
lubię barwy i zapach jesieni to jednak lata mi żal. Sezon
ciepłowniczy rozpoczęty. Wracam z pracy i w wolnej chwili
rozsiadam się w fotelu z kubkiem gorącej, aromatycznej herbaty.
Jeszcze dziś dodam do niej sok malinowy, bo katarzysko daje o sobie
znać. Umoszczona wygodnie zwykle sięgam po książkę, by oderwać
się na chwilę od własnej codzienności. Ale ostatnie dni nie
pozwalają mi się skupić na lekturze. Najpierw przykra sytuacja z
synem, który okazał m. in. totalną niewdzięczność. Parę słów
za dużo.....tylko kilka słów.....i wyszłam od niego bez słowa.
Za jakiś czas wybaczę, ale nie zapomnę. Pozostanie to we mnie.
Odpoczywam więc od jego życia, w które sam mnie angażował. Mam
chwilę na to, by złapać dystans i poukładać w sobie wszystkie
emocje. Na szczęście nie rozdrapuję, nawet nie analizuję zbyt
mocno minionych wydarzeń. Rozumiem przyczynę zachowania, ale nie
chcę usprawiedliwiać formy przekazu.
Kolejnym
trudnym doświadczeniem tego tygodnia są wydarzenia z życia mojej
bliskiej koleżanki Anity i jej partnerki Klaudii. Trzymałam mocno
kciuki, by wbrew wszystkim przeciwnościom udało im się stworzyć
trwały związek. Wielokrotnie rozmawiałam z Anitą tłumacząc,
radząc i wysłuchując o problemach ich związku. Miałam
świadomość, że łatwo nie będzie. Tak jak potrafiłam
wspierałam. Od jakiegoś czasu słyszałam jednak, że rozstanie
będzie jednak najlepsze dla nich. Nie postawiły na tzw. „krótkie
cięcie” tylko trwały w agonii. Zerwanie nastąpiło niestety w
złym momencie. Nie odbyło się to podczas rozmowy face to face,
ale w okresie wyjazdu Anity zagranicę. Moje koleżeństwo z Anitą
nie trwa wiele lat dlatego też nie miałam pojęcia o wielu
rzeczach, które były w jej przeszłości. W tym obecnie trudnym
okresie nałóg, którego leczeniem chyba nigdy nie zajmowała się
profesjonalnie, chciwie zagarnął ją w swe ramiona. Straciła
pracę, wróciła do Polski w przerażającym stanie. Gnana
pragnieniem wyszła następnie z domu i od 3 dni nie ma z nią
kontaktu. Jestem zbyt daleko od nich, by pomóc praktycznie.
Wspieram więc Klaudię, tak jak tylko mogę, na odległość.
Martwię się o Anitę, czy nic jej się nie stało. Odpowiednie
służby jak na razie niewiele chcą i mogą pomóc. Niczym mantrę
powtarzają wszędzie o RODO. Bezduszne przepisy uderzają z ogromną
mocą. Można tylko czekać. Wysyłam więc błagania, prośby,
zaklęcia........gdzieś tam, gdzie mam nadzieję, że są na tyle
ważne, by zostały wysłuchane.
środa, 19 września 2018
# 24
Im dłużej istnieję na tym świecie tym bardziej zaczyna mnie on mierzić. Coraz częściej nie rozumiem ludzi, a ich zachowania mnie zniesmaczają powodując, że znacznie mniej mam ochotę na kontakt z nimi.
W
nocy z piątku na sobotę odbyłam tournee po szpitalach. Nagły
przypadek dotyczył mojego syna Piotra. Gdyby nie nasz telefon do
niego, związany z bieżącymi sprawami, zapewne dorosły człowiek
zostałby w łóżku myśląc o porannym wstaniu do pracy. Intuicja
matki podpowiadała, by jednak podjechać do niego i sprawdzić co
się dzieje. Wysoka temperatura, która po podaniu medykamentu nie
zamierzała się zmniejszyć, skłoniła nas do podjęcia decyzji o
szukaniu pomocy najpierw u lekarza dyżurnego. Nie mógł nam
niestety znacząco pomóc więc odesłał nas na SOR. Mieliśmy do
wyboru nawet dwa. W międzyczasie zaczął padać deszcz, który
przemoczył nas w czasie pokonywania krótkiego odcinka drogi od
samochodu do budynku szpitala. Tłum ludzi. Obojętność
personelu. Długi okres oczekiwania na przyjęcie. Krótkie,
podstawowe badania, następnie oględziny obolałych nóg syna ot po
prostu w poczekalni, w bliskiej obecności innych chorych.
Poszanowanie godności i intymności pacjenta to pojęcie kompletnie
abstrakcyjne dla lekarza. Niczym kurczak na taśmie produkcyjnej
poddany krótkiej ocenie czy się nadaje z wyglądu, czy też może
nie. Potem informacja – kit, że źle trafiliśmy, że musimy
jechać do innego szpitala. Na moje sarkastyczne pytanie, czy chce
nam pani powiedzieć, że istnieje rejonizacja SOR ?, otrzymaliśmy
potwierdzenie ! Nie wierzyłam własnym uszom. Ugryzłam się
język, by powstrzymać się od polemiki z osobą, która
beznamiętnie odmówiła nam pomocy. Przebiliśmy się ponownie
przez ścianę deszczu udając się do innej placówki, w której jak
się okazało SOR jako taki już nie istnieje. Dzięki podpowiedzi
zaspanej pielęgniarki trafiliśmy na oddział nocny, który na
szczęście był w pobliżu. Nie był to SOR, ale nie odmówiono nam
pomocy. Piotr miał nawet wykonane badanie, które nie potwierdziło
podejrzeń o poważną chorobę. W związku z tymi podejrzeniami,
oczekując na wizytę u specjalisty, moje dziecko przez ponad miesiąc
karmiło się heparyną. Wróciliśmy do domów grubo po północy.
Ciąg dalszy diagnozowania choroby, która od dłuższego czasu
męczyła Piotra, nastąpił wczoraj. Po wielu godzinach okupowania
poczekalni jednego z oddziałów szpitalnych prawdopodobnie trafnie
nazwano bolączkę i przepisano leki. Mam nadzieję, że medykamenty
okażą się pomocne, a ja jeszcze długo nie będę zmuszona
korzystać z pomocy naszej służby zdrowia.
Wydarzenia
ostatnich dni, rozgaszczająca się na dobre jesień i pewnie
jeszcze parę innych rzeczy, znacznie pogorszyły mój nastrój.
Włączyłam nadwrażliwość na wszystko. Bezczelne kłamstwa
ludzi, które naprawdę nie wiem czemu mają służyć, doprowadzają
mnie do szewskiej pasji. Nie umiem przejść obok tego obojętnie.
W tym nieciekawym okresie znacznie rozluźniły się moje relacje z
Arturem, wieloletnim kolegą. Nie można tak po prostu, bez słowa,
odejść !
piątek, 7 września 2018
# 23
Trochę wiosny w progu jesieni
Nieomal
zaraz po imprezie weselnej rozpoczęłam ponad 2 tygodniowy urlop.
Razem z Konradem wyjechaliśmy nad morze, by pracować z dziećmi.
To była nasza pierwsza współpraca z tym biurem turystycznym.
Liczyłam na to, że będzie znacznie lepiej niż pamiętne turnusy z
moją koleżanką w roli kierownika. Było...inaczej. Jako naczelny
krytyk punktowałam rzeczy, które można byłoby zmienić i te które
były nieco nie fair. Mieliśmy z Konradem niewielkiego stracha na
początku, że dzieci, które będą pod naszą opieką okażą się
tak problemowe, że cały pobyt będzie gehenną. Na szczęście
wszystko było ok. Mimo pracy „od świtu do nocy” i paru
konfliktowych sytuacji odpoczęłam. Nawet trzykrotne przemierzenie
Polski wzdłuż nie było szczególnie męczące.
Szef chyba się ucieszył z mojego powrotu do biura. Jesteśmy dla siebie bardzo uprzejmi, a ja wykazuję się naprawdę ogromną cierpliwością do jego różnych pomysłów, czy też zachowań. Przez dwa tygodnie urlopu moje myśli zaprzątnięte były realizacją programu kolonii. Stąd odpoczynek pomimo pracy. Teraz wróciłam do codzienności, a ta od nowa atakuje mnie wieloma pytaniami, na które nie znam jeszcze odpowiedzi.
czwartek, 26 lipca 2018
# 22
Mazury
….... Mazury..... ten niezapomniany zapach jeziora, tataraku, klimat żagli.
Bardzo chętnie będę tutaj wracać, ale tylko dla żeglowania. A
za mną weekendowy, z niewielkim przedłużeniem, wyjazd na kajaki.
Spływ Krutynią w tym roku przedłużyliśmy do 20 km. Pogoda
wymarzona. Przez naszą niefrasobliwość słońce pozostawiło
swój czerwony ślad na naszej skórze. Na pamiątkę. Nie byłabym
sobą gdybym nie odnotowała minusów tej wyprawy. Miejsce naszych
dwóch pierwszych noclegów, mimo wielu pozytywnych opinii na sieci,
oceniam średnio. Te wiszące pajęczyny brrrrrr. Jedynie cena za
nocleg (40 Pln za osobę) była w porządku. Jedzenie w pobliskiej
„restauracji” niezbyt smaczne. Ostatni dzień i noc spędziliśmy
w Mikołajkach. Kwatera czysta, z ręcznikami (cena już 80 Pln za
osobę), ale za oknem naszego pokoju usytuowany był grill, z którego
paru gości nie omieszkało skorzystać, racząc się prawie do
północy zimnymi trunkami. Kiepska sprawa, gdy w perspektywie
kolejnego dnia mieliśmy długą, powrotną podróż. Cóż, w moim
życiu obecnie jest taki etap, w którym unikam większej ilości
ludzi. Długo walczyłam z irytacją coraz głośniejszym
towarzystwem za oknem i chęcią zwrócenia im uwagi. A niech tam...wakacje....
Samo pływanie kajakiem miało tylko jeden minus. Bardzo liczne
towarzystwo innych kajaków. Zatrzymujących się na rzece w
dowolnym momencie, grupowo, wzdłuż, w poprzek, jak kto wolał. I
do tego przypadki grup z głośną muzyką. Powinni tego zabronić.
Uwielbiam odpoczywać w ciszy więc staraliśmy się sprawnie wymijać
hałaśliwe grupy. Byłam szczęśliwa, gdy w poniedziałkowym
poranek wyruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety wybraliśmy
trasę, która biegła obok budowanej ekspresówki. Pełno
ciężarówek oraz niemiłosiernej ilości kurzu i pyłu. Z ulgą
dotarliśmy do domu. I tyle naszego wypoczynku tego lata. Przed
nami wyjazd nad morze, ale tam będziemy pracować.
wtorek, 17 lipca 2018
# 21
Lipiec....już
wskoczył w swą drugą połowę. Liczyłam na piękną, słoneczną
pogodę...przecież to wakacje. A tu.......słabo ze słońcem.
Pełni
entuzjazmu kupiliśmy z Konradem, na sieci, leżaki do opalania.
Niestety, jeden z nich musiałam reklamować. Wrrrr....... Uroki zakupów on-line.
Na szczęście firma szybko i sprawnie moje sugestie zwrotu
pieniędzy wzięła pod uwagę i po małych perturbacjach otrzymałam
zwrot gotówki na konto. Dla siebie fajny leżak kupiłam w sklepie
stacjonarnym. Zanim skompletowaliśmy sprzęt do opalania przez cały
ten czas pogoda nie umożliwiała korzystania z niego. Nadciągnęły
chmury strasząc ewentualnym deszczem. Nie było go za wiele, a
ziemia spragniona każdej kropli. Ja też patrzyłam w niebo z
nadzieją, że porządnie popada, planując nawet wyjście na deszcz,
by zmoknąć. I taka pogoda utrzymuje się do dziś. Mało słońca, trochę deszczu, w porywach pada więcej. Śmiejemy się
z Konradem, że być może tego lata z nowego zakupu nie skorzystamy.
Od
pewnego czasu z przyjemnością wracam do wspomnienia naszego
ubiegłorocznego spływu kajakiem na Mazurach. Po raz pierwszy
zasiadłam w kajaku więc miałam pewne obawy, ale po paru minutach
przekonałam się jak świetny to był pomysł. Cudowna okolica,
możliwość podpłynięcia do brzegu i popływania, cisza i
przejrzysta woda. Nie miało znaczenia, że bolały ręce, a na
dłoniach pojawiły się pęcherze. Wyjechałam stamtąd
przeszczęśliwa z mega naładowanymi akumulatorami. Teraz
spontanicznie wpadliśmy na pomysł, że może powtórzymy tę
mazurską przygodę. Szybko przeanalizowaliśmy nasze finansowe
możliwości. Następnie jeden czy dwa telefony i mamy już nocleg.
Kajak dzisiaj został zarezerwowany. Przecież jeśli coś ma się
wydarzyć to wszystko będzie temu sprzyjało. I sprzyja. Staram
się nie przeforsowywać na siłę pomysłów, które co chwila
napotykają na trudności. Mówię sobie...może to nie ten czas. A
Mazury są właśnie tym czasem....doskonale!
W
czerwcu bardzo mocno dała o sobie znać tzw. „ostroga” w prawej stopie.
Zbagatelizowałam problem, ale kiedy ból solidnie dał mi w kość
poszłam do lekarza. Chyba na „ładne oczy”, bo żadnych badań
nie musiałam robić, dostałam skierowanie na zabiegi
rehabilitacyjne. Pod koniec lipca je rozpocznę. Do tego czasu
próbuję na własny koszt korzystać z fali uderzeniowej i
ultradźwięków. Ból bardzo powoli, ale mija. Mam nadzieję, że
przepisane zabiegi pozwolą mi wrócić do pełnej sprawności.
Przecież w perspektywie mam w sierpniu wyjazd jako wychowawca
kolonijny nad morze. A tuż przed wyjazdem wesele mojej chrzestnej córki. Ze względu na dawne niesnaski z tą częścią rodziny nie mam ochoty tam jechać, ale widziałam jak bardzo jej zależy. Zapewne to będzie jedyna okazja, by po wielu latach spotkać się w takim gronie rodzinnym.
środa, 20 czerwca 2018
# 20
Mój
ulubiony miesiąc
maj dawno już
za mną.
Odmierzałam
go zapachami bzu, jaśminu
i konwalii. Powoli kończy
się
też
czerwiec, który temperaturami bardziej przypomina upalny miesiąc
lipiec. Z tęsknotą
spoglądam
na niebo, bywa że
zachmurzone, oczekując
deszczu. Jest bardzo sucho więc
unoszący
się
kurz powoduje u mnie silne objawy alergii. Jestem tym zmęczona.
Szczęśliwie
zakończyłam,
w tym roku szkolnym, swoją
działalność
wolontariusza. Mam mieszane uczucia. Bardzo lubię
coś
robić,
gdy widzę
tego sens. W przeciwnym wypadku zniechęcam
się
i dziękuję za dalsza współpracę. Tutaj mam sporo do
przemyślenia.
Z jednej strony nie chciałabym
rezygnować
ze spotkań
z tym chłopcem,
który już
mnie trochę
poznał,
a podobno jest bardzo trudny w nawiązywaniu
relacji. Z drugiej strony mój czas i wysiłek,
który wkładam
w przygotowanie się
do tych spotkań,
to sztuka dla samej sztuki. Nie spodziewałam
się
spektakularnych wyników moich starań. Miałam
świadomość,
że
będzie
trudno. Ale nie sądziłam,
że
rodzic będzie
to utrudniał.
Sama jestem matką
i gdyby ktoś
nieodpłatnie
chciał
pomóc mojemu dziecku to przynajmniej bym nie przeszkadzała.
Chwilami czułam jakby pani Maria była zazdrosna o moje spotkania z
jej synem. Sama z trudem zostawiała nas samych i w sumie na
wszelkie możliwe sposoby uniemożliwiała szanse na wspólne wyjścia
z nim (choćby kino). Gdy usiłowałam z nią rozmawiać i prosić
o pomoc stwierdziła, że ją obrażam jako matkę, bo sugeruję, iż
słabo jej wychodzi przekonywanie syna. Nie sądzę, bym utrzymała
relację z Pawłem na takim etapie jaki do tej pory udało nam się
osiągnąć. By temu zapobiec zaproponowałam jeszcze, w okresie
wakacyjnym, wspólne wyjścia na lody itp., ale coś czuję, że
pozostanie to bez odzewu ze strony pani mamy. Będę jednak czekała
na jej odzew do końca lipca. Jeśli będzie tak jak myślę to
zmienię grupę. Szkoda mi się spalać dla samej idei.
Po
9 latach abstynencji motoryzacyjnej dałam się namówić Konradowi,
by usiąść za kierownicą. Jak zwykle mój pierwszy raz był pełen
strachu. Z wielką obawą prowadziłam samochód, ale Konrad to
całkiem nieźle przeżył. Bardzo lubiłam kiedyś jeździć, ale
teraz nie odnalazłam tego pragnienia w sobie. Jutro i w sobotę
będę jednak musiała być kierowcą.
piątek, 11 maja 2018
# 19
Przychodzi taki dzień, gdy
nieoczekiwanie, nawet w środku tego dnia, wpadam na nieproszonego
gościa, a ten zagarnia mnie do siebie swymi ramionami. Dzieje się
to tak szybko i sprawnie, że nim się obejrzę cała moja pozytywna
energia znika niczym kamfora. Właśnie wczoraj tak się stało.
Spotkanie po pracy z koleżanką nie było w stanie przegonić smutku
we mnie. Beznamiętnie podzieliłam się wrażeniami z ostatnich
wydarzeń. Z niechęcią grzebałam w zamówionej sałatce z
grillowanym kurczakiem i jeszcze bardziej zniechęciłam się do
rukoli. Z ulgą wyszłam z restauracji i zadzwoniłam po Konrada, by
mnie zabrał do domu. A dziś.....za oknem piękne słońce, a ja
nadal smęcę. Najchętniej rzuciłabym wszystko i zaszyła się w
najodleglejszym krańcu świata....sama ! Jak mawiał Piotr Bałtroczyk....boli mnie w człowieku......
wtorek, 8 maja 2018
# 18
Nie jestem jedyną osobą, która zauważa pędzący jak oszalały czas. Coraz częściej mam wrażenie, że nie nadążam, że doba jest zbyt krótka na to wszystko co chciałabym zrobić, doświadczyć. A może to ja zwolniłam, a czas mnie wyprzedza ?
Jakiś czas temu kasztanowiec za oknem niespiesznie nęcił minimalizmem zieleni. I proszę....pyszni się teraz pełną świeżości zielenią, przetkaną jeszcze nie przekwitłymi kwiatostanami. Był już pierwszy wiosenny, ciepły deszcz, po którym głęboko wdychałam zapach ziemi. Przekwitły już moje ulubione bzy, a krzak jaśminu lada moment wystrzeli bielą kwiatów bym mogła upajać się ich zapachem. Właśnie za to wszystko uwielbiam wiosnę.
Tyle niezwykłości.
Z rzeczy zwykłych :
1. Konrad znalazł na sieci interesujące go auto i w towarzystwie swojego brata, który o samochodach ma znacznie większe pojęcie niż my, pojechaliśmy je obejrzeć. Oględziny fachowca trwały nieco, a że była to sobota i grill kusił zapachami właściciel nie krył zniecierpliwienia. Potem szybka decyzja i Konrad stał się właścicielem młodszego rocznika samochodu, który poległ w konfrontacji z młodym-bezmyślnym kierowcą. Sprawy związane z jego przerejestrowaniem załatwialiśmy w trakcie naszego dłuższego weekendu. Na szczęście urzędy pracowały, choć czas oczekiwania na załatwienie formalności wyniósł 4 godziny !
2. Kreacja na wesele do ostatnich dni była skrupulatnie przeze mnie uzupełniana. Miałam już po kokardę oglądania-wybierania tych wszystkich duperszmitów. Co chwila zmieniała mi się koncepcja i byłam już tym zmęczona. Ślub w niewielkim kościele i przyjęcie weselne w przepięknym miejscu były wspaniałe. Stoły pięknie nakryte, dużo miejsca do tańca, bardzo smaczne i różnorodne menu, wyśmienite towarzystwo. Może tylko muzyka była zbyt głośna. Wybawiliśmy się z Konradem do białego rana. Cała nasza znajoma paczka siedziała przy jednym stole. Znamy się od lat szkoły podstawowej. Miałam taki moment na weselu, że dałam się ponieść nostalgii. Patrzyłam na moje koleżanki i kolegów, na ich twarze i myślałam o tym, że przecież nie tak dawno...wczoraj....przedwczoraj....kończyliśmy szkołę podstawową. Ze śmiechem wypisywaliśmy sobie dedykacje na zdjęciach, którymi się wymienialiśmy. Rozchodziliśmy się do różnych szkół. Kiedy staliśmy się tacy dojrzali? Kiedy czas zdążył wypisać nasze doświadczenia zmarszczkami na twarzach? Jak to się stało, że teraz my patrzymy z łagodnym uśmiechem na młodzieńczy zapał, a w myślach powtarzamy frazy piosenki "...ale to już było...i nie wróci więcej....". W czwartek odpoczywaliśmy po weselnych szaleństwach, a w sobotę udaliśmy się na tzw. poprawiny, które odbyły się na działce rodziców pana młodego. Nasza paczka nie zawiodła, a humory dopisywały przez cały czas trwania zabawy.
Miesiąc maj obfituje w tym roku w różnorodne spotkania towarzyskie. Przed nami impreza urodzinowa kolegi Konrada, a później wyjazd na drugi koniec Polski do naszej koleżanki, która układa sobie na nowo życie. Tym razem z kobietą. Od początku mocno trzymamy za to kciuki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

