wtorek, 13 listopada 2018

# 28


Pewne zdarzenie, które miało miejsce gdy łączyła nas z Konradem niezobowiązująca relacja, skutkowało utratą mojego zaufania do niego. Z czasem stało się zobowiązująco między nami. Sądziłam, że zaufanie będzie stopniowo odbudowywane. I tak się dzieje, a może jest to tylko moje chcenie, by tak to widzieć. Wczoraj mieliśmy z Konradem pierwszą , poważniejszą kłótnię. Nim dostaliśmy „w prezencie” dodatkowy dzień wolny mieliśmy plan pracy, a po niej swoje spotkania. Konrad z kolegą, a ja z koleżanką. A potem wszystko się zmieniło, szczególnie u mnie. W sobotę zakupy, drobne przygotowania i popołudniowe wyjście do znajomych. W niedzielę nie miałam ochoty spacerować po mieście, co proponował Konrad i nic sensownego na spędzenie wolnego czasu poza domem mi do głowy nie przychodziło więc zostaliśmy w domu. Oboje mieliśmy wolny poniedziałek. Konrad odbył spotkanie z projektu, wpadł na chwilę do domu, by po ok. 2 godzinach wyjść na zaplanowane spotkanie. Moja koleżanka postanowiła inaczej spędzić ten dzień niż ze mną i nasze spotkanie odwołała. Zostałam sama w domu i rozgoryczenie we mnie rosło. Oczywiście, mogłam zaplanować sobie ten wolny czas. Ale nie miałam na to chyba ani chęci, ani koncepcji. Początkowo chciałam wziąć samochód i gdzieś pojechać. Tylko, że to nie był dobry dzień na samotne wyprawy. Po cichu liczyłam, że Konrad wiedząc, że siedzę sama w domu wróci trochę wcześniej ze spotkania. Przeliczyłam się, a wraz z mijającym czasem stawałam się coraz bardziej zła. Kiedy wrócił dałam upust swojemu niezadowoleniu. Od słowa do słowa atmosfera między nami gęstniała. Moja mądrość czmychnęła w odległe zakątki, a ja strzelałam słowami nawet grubego kalibru. Ponieważ mnie bolało, że o mnie nie pomyślał więc uderzałam, by poczuł to dobitnie. Oliwą do ognia była jeszcze informacja, że to spotkanie nie było tylko z kolegą, ale też z koleżanką. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Nieszczęśliwa, mała, kapryśna dziewczynka we mnie mogła pokazać co potrafi. Mam świadomość, że okazywane wcześniej moje niezadowolenie z tego, że spotyka się nie tylko z kolegą, ale także z tą dziewczyną poskutkowało, że teraz Konrad nie powiedział mi o tym. Nie poznaję siebie. Nigdy nie byłam typem zazdrośnicy....teraz jestem. Nigdy nikogo nie ograniczałam......teraz tak się zachowuję. Zachowałam marne resztki zdrowego rozsądku i opanowałam w końcu potok pełnych goryczy słów jaki płynął z moich ust. Pozwoliłam nam na spokojny dialog. Doskonale rozumiem, że każde z nas ma prawo do części własnej strefy życia. Przecież sama nie lubię być ograniczana. A teraz zachowuję się jak kompletna idiotka. Co się takiego stało, że pozwalam by zazdrość rozrastała się we mnie do takich rozmiarów ? Dlaczego zachowuję się jakbym chciała Konrada mieć tylko dla siebie ? Zupełnie tego nie rozumiem. Czuję się parszywie.

wtorek, 6 listopada 2018

# 27


Bardzo mnie cieszy tej jesieni częsty brak dni pełnych ołowianych chmur, deszczu i przejmującego wiatru. Patrzę za okno i uśmiecham się od rana do pogodnego nieba. Słońce w ciągu dnia rozbiera nas z jesiennych okryć, nierzadkim jest na ulicy widok młodej osoby spacerującej w koszulce z krótkim rękawem. Aż chce się żyć :).
Ubiegły tydzień należy do grona tych ulubionych. Wystarczył mi dzień urlopu bym mogła przez 4 dni cieszyć się brakiem wczesnego wstawania i każdą chwilą spędzoną z Konradem. Grobami najbliższych zajęłyśmy się z siostrą kilka dni przed świętem. Ze zniczami i chryzantemami pojechałyśmy dzień wcześniej. A 1 listopada, razem z Konradem, wybraliśmy się na cmentarz wieczorem, mając nadzieję na mniejsze tłumy w komunikacji miejskiej. Niestety, nie było tak różowo. Ale spacer alejkami cmentarza, w blasku płonących zniczy, zrekompensował nam tę niedogodność. Choć coraz trudniej o chwile ciszy w tym miejscu. Przed cmentarzem pootwierano stoiska z kebabami, oscypkami, słodyczami i świecącymi gadżetami dla dzieci. Rodziny, które miały okazję spotkać się przy rodzinnym grobie, robiły sporo zamieszania i gwaru. W piątek piękna pogoda skłoniła nas do wyprawy na groby moich dziadków, które położone są w rodzinnych stronach moich rodziców. Prawie 100 km w jedną stronę. Namówiłam także siostrę by się z nami wybrała. Przy okazji pojechaliśmy spojrzeć na dom rodzinny naszej mamy, który parę lat temu został sprzedany stając się miejscem letniego wypoczynku familii lekarzy. Przypominałyśmy sobie nazwiska mieszkańców poszczególnych gospodarstw., usiłowałyśmy lokalizować tych których pamiętamy, a których już nie ma pośród żywych. Nie spotkałyśmy nikogo znajomego. Wieś pogrążona była w słońcu, gorzkim zapachu jesieni i ciszy. Kiedyś było to wręcz nieprawdopodobne, by nie zobaczyć ludzi krzątających się od rana wokół domu. Kolejny raz miałam sentymentalną podróż do przeszłości.
Mam dosyć duże poczucie niezależności. Nim zaproponowałam Konradowi wspólne zamieszkanie trochę czasu zajęło mi rozważanie, czy poradzę sobie z dzieleniem się z nim np. przestrzenią. Mając na uwadze własne, od ładnych, paru lat singielskie przyzwyczajenia, obawiałam się, że nagle zrobi się ciasno. Na szczęście moje obawy okazały się być niepotrzebnymi. Całkiem gładko weszłam w naszą, wspólną codzienność. Choć to do mnie niepodobne, to wiele rzeczy robimy wspólnie. Rzadko spędzamy wolne chwile z dala od siebie. Tylko czasami wkurza mnie jego bałaganiarstwo i zamieszanie jakie robi wokół. Nim zdążę zrobić awanturę, jak typowy choleryk, zatrzymuję się. Powstrzymuję emocje, przedkładam sama sobie argumenty, które gaszą moją wściekłość. Konrad jest dla mnie bardzo ważny. Więcej jest rzeczy, za które go cenię niż spraw, o które chciałabym się przyczepić. Cieszę się, że jest w moim życiu. A kiedy zagarnie mnie do siebie swoimi ramionami wtulam się całą sobą w jego ciepło i zapominam o tym co przed chwilą podniosło mi ciśnienie.


piątek, 26 października 2018

# 26

Piękne było tegoroczne lato, pełne słońca i wysokich temperatur. I jeszcze do niedawna jesień otulała promieniami słońca i ciepłem. Aż chciało się wyjść z domu na spacer. Konrad dał się nawet skusić na kilkugodzinny wypad poza miasto. Wróciliśmy pełni pozytywnej energii i zaopatrzeni w pachnący miód – on gryczany, a ja borówkowy. Pachnie i smakuje wyśmienicie.
Od kilku dni aura typowo jesienna. Zimno i deszczowo. Taka kolej rzeczy więc się z tym godzę, ale coś na podobieństwo depresji, nieproszone zagląda w moje progi. Mam ogromne problemy z wyjściem z domu po powrocie z pracy. Walczę z potężną niechęcią by pojechać na lekcję niemieckiego. Nie znajduję nawet chęci, by usiąść do pracy domowej, do powtórzeń.  Podziwiam pracowitość Konrada. Z niecierpliwością wyczekuję wolnego weekendu, by móc dłużej pozostać w ciepłym łóżku, by bez potrzeby nie wychodzić z domu, by móc poszwendać się po mieszkaniu ze skwaszoną miną i nie ubierać ust w słaby uśmiech. Będę mogła oddać się lekturze książki, wysłuchać spokojnie zakupionych ostatnio płyt muzycznych, może nawet obejrzeć jakieś filmy. Tik tak tik tak... piątkowo odliczam czas do godz. 15.  Zauroczona "Fall on me", utworem wykonanym wspólnie przez ojca i syna, zamówiłam nową płytę Andrea Bocelli.  Zapowiada się więc dziś wspaniała duchowa uczta.
Anita szczęśliwie się odnalazła. Ale to wydarzenie było ostatnim gwoździem do trumny związku z Klaudią. Dobrze, że jak na razie ich rozstanie przebiega spokojnie. Oby tak pozostało. Mój kiepski nastrój przyczynił się do spięcia jakie miałam z Anitą. Na razie obydwie milczymy. Mam świadomość, że mogłam powiedzieć pewne rzeczy spokojnie. Ale tego dnia nie potrafiłam inaczej. Całkiem na poważnie zastanawiam się nad tym co dalej z naszą znajomością. Nie chcę pod wpływem emocji podejmować ostatecznych decyzji.

czwartek, 27 września 2018

# 25


Kilka dni temu skończyło się letnie dopieszczanie ciepłem. Soczysta barwa liści powoli ustępuje jesiennej kolorystyce. Jakkolwiek lubię barwy i zapach jesieni to jednak lata mi żal. Sezon ciepłowniczy rozpoczęty. Wracam z pracy i w wolnej chwili rozsiadam się w fotelu z kubkiem gorącej, aromatycznej herbaty. Jeszcze dziś dodam do niej sok malinowy, bo katarzysko daje o sobie znać. Umoszczona wygodnie zwykle sięgam po książkę, by oderwać się na chwilę od własnej codzienności. Ale ostatnie dni nie pozwalają mi się skupić na lekturze. Najpierw przykra sytuacja z synem, który okazał m. in. totalną niewdzięczność. Parę słów za dużo.....tylko kilka słów.....i wyszłam od niego bez słowa. Za jakiś czas wybaczę, ale nie zapomnę. Pozostanie to we mnie. Odpoczywam więc od jego życia, w które sam mnie angażował. Mam chwilę na to, by złapać dystans i poukładać w sobie wszystkie emocje. Na szczęście nie rozdrapuję, nawet nie analizuję zbyt mocno minionych wydarzeń. Rozumiem przyczynę zachowania, ale nie chcę usprawiedliwiać formy przekazu.
Kolejnym trudnym doświadczeniem tego tygodnia są wydarzenia z życia mojej bliskiej koleżanki Anity i jej partnerki Klaudii. Trzymałam mocno kciuki, by wbrew wszystkim przeciwnościom udało im się stworzyć trwały związek. Wielokrotnie rozmawiałam z Anitą tłumacząc, radząc i wysłuchując o problemach ich związku. Miałam świadomość, że łatwo nie będzie. Tak jak potrafiłam wspierałam. Od jakiegoś czasu słyszałam jednak, że rozstanie będzie jednak najlepsze dla nich. Nie postawiły na tzw. „krótkie cięcie” tylko trwały w agonii. Zerwanie nastąpiło niestety w złym momencie. Nie odbyło się to podczas rozmowy face to face, ale w okresie wyjazdu Anity zagranicę. Moje koleżeństwo z Anitą nie trwa wiele lat dlatego też nie miałam pojęcia o wielu rzeczach, które były w jej przeszłości. W tym obecnie trudnym okresie nałóg, którego leczeniem chyba nigdy nie zajmowała się profesjonalnie, chciwie zagarnął ją w swe ramiona. Straciła pracę, wróciła do Polski w przerażającym stanie. Gnana pragnieniem wyszła następnie z domu i od 3 dni nie ma z nią kontaktu. Jestem zbyt daleko od nich, by pomóc praktycznie. Wspieram więc Klaudię, tak jak tylko mogę, na odległość. Martwię się o Anitę, czy nic jej się nie stało. Odpowiednie służby jak na razie niewiele chcą i mogą pomóc. Niczym mantrę powtarzają wszędzie o RODO. Bezduszne przepisy uderzają z ogromną mocą. Można tylko czekać. Wysyłam więc błagania, prośby, zaklęcia........gdzieś tam, gdzie mam nadzieję, że są na tyle ważne, by zostały wysłuchane.

środa, 19 września 2018

# 24



Im dłużej istnieję na tym świecie tym bardziej zaczyna mnie on mierzić. Coraz częściej nie rozumiem ludzi, a ich zachowania mnie zniesmaczają powodując, że znacznie mniej mam ochotę na kontakt z nimi.
W nocy z piątku na sobotę odbyłam tournee po szpitalach. Nagły przypadek dotyczył mojego syna Piotra. Gdyby nie nasz telefon do niego, związany z bieżącymi sprawami, zapewne dorosły człowiek zostałby w łóżku myśląc o porannym wstaniu do pracy. Intuicja matki podpowiadała, by jednak podjechać do niego i sprawdzić co się dzieje. Wysoka temperatura, która po podaniu medykamentu nie zamierzała się zmniejszyć, skłoniła nas do podjęcia decyzji o szukaniu pomocy najpierw u lekarza dyżurnego. Nie mógł nam niestety znacząco pomóc więc odesłał nas na SOR. Mieliśmy do wyboru nawet dwa. W międzyczasie zaczął padać deszcz, który przemoczył nas w czasie pokonywania krótkiego odcinka drogi od samochodu do budynku szpitala. Tłum ludzi. Obojętność personelu. Długi okres oczekiwania na przyjęcie. Krótkie, podstawowe badania, następnie oględziny obolałych nóg syna ot po prostu w poczekalni, w bliskiej obecności innych chorych. Poszanowanie godności i intymności pacjenta to pojęcie kompletnie abstrakcyjne dla lekarza. Niczym kurczak na taśmie produkcyjnej poddany krótkiej ocenie czy się nadaje z wyglądu, czy też może nie. Potem informacja – kit, że źle trafiliśmy, że musimy jechać do innego szpitala. Na moje sarkastyczne pytanie, czy chce nam pani powiedzieć, że istnieje rejonizacja SOR ?, otrzymaliśmy potwierdzenie ! Nie wierzyłam własnym uszom. Ugryzłam się język, by powstrzymać się od polemiki z osobą, która beznamiętnie odmówiła nam pomocy. Przebiliśmy się ponownie przez ścianę deszczu udając się do innej placówki, w której jak się okazało SOR jako taki już nie istnieje. Dzięki podpowiedzi zaspanej pielęgniarki trafiliśmy na oddział nocny, który na szczęście był w pobliżu. Nie był to SOR, ale nie odmówiono nam pomocy. Piotr miał nawet wykonane badanie, które nie potwierdziło podejrzeń o poważną chorobę. W związku z tymi podejrzeniami, oczekując na wizytę u specjalisty, moje dziecko przez ponad miesiąc karmiło się heparyną. Wróciliśmy do domów grubo po północy. Ciąg dalszy diagnozowania choroby, która od dłuższego czasu męczyła Piotra, nastąpił wczoraj. Po wielu godzinach okupowania poczekalni jednego z oddziałów szpitalnych prawdopodobnie trafnie nazwano bolączkę i przepisano leki. Mam nadzieję, że medykamenty okażą się pomocne, a ja jeszcze długo nie będę zmuszona korzystać z pomocy naszej służby zdrowia.
Wydarzenia ostatnich dni, rozgaszczająca się na dobre jesień i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, znacznie pogorszyły mój nastrój. Włączyłam nadwrażliwość na wszystko. Bezczelne kłamstwa ludzi, które naprawdę nie wiem czemu mają służyć, doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Nie umiem przejść obok tego obojętnie. 
 W tym nieciekawym okresie znacznie rozluźniły się moje relacje z Arturem, wieloletnim kolegą.  Nie można tak po prostu, bez słowa, odejść !  

piątek, 7 września 2018

# 23



Trochę wiosny w progu jesieni

Decyzja o tym, by się jednak wybrać na ślub i wesele mojej chrześnicy była jak najbardziej właściwa. Pogoda co prawda nie dopisała, ale cała reszta była bez większego zarzutu. Bardzo się ucieszyłam, że po wielu latach mogłam spotkać się z moimi kuzynami. Patrzyłam na nich z przyjemnością, rozglądałam się, nie poznając, po ich dorosłych już dzieciach.  Wzruszał mnie widok mojego brata (ojca panny młodej), który ze szczęściem wypisanym na twarzy spoglądał na rodzinę tego dnia razem, w jednym miejscu zebraną.  Ze smutkiem złapałam się na myśli, że przecież prawie wczoraj, przy takich stołach, siedzieli nasi rodzice i to my byliśmy tą młodzieżą, która bawiła się do białego rana. Moja siostra i jej córka nie zdecydowały się na uczestnictwo w tej uroczystości rodzinnej. Przede wszystkim siostra zamknęła się w złości i pretensjach dotyczących spraw, które winny być rozwiązane przez naszych rodziców. Ja odpuściłam. Było...minęło. Cieszyłam się, że mój syn ze swoją dziewczyną także zdecydował się tam pojechać. Moje obawy, że spotkamy się z widocznym dystansem do nas były przedwczesne. Nic takiego nie miało miejsca. Sądzę, że jest nawet szansa na to, by nasze relacje, z tą częścią rodziny, na nowo odbudować.
Nieomal zaraz po imprezie weselnej rozpoczęłam ponad 2 tygodniowy urlop. Razem z Konradem wyjechaliśmy nad morze, by pracować z dziećmi. To była nasza pierwsza współpraca z tym biurem turystycznym. Liczyłam na to, że będzie znacznie lepiej niż pamiętne turnusy z moją koleżanką w roli kierownika. Było...inaczej. Jako naczelny krytyk punktowałam rzeczy, które można byłoby zmienić i te które były nieco nie fair. Mieliśmy z Konradem niewielkiego stracha na początku, że dzieci, które będą pod naszą opieką okażą się tak problemowe, że cały pobyt będzie gehenną. Na szczęście wszystko było ok. Mimo pracy „od świtu do nocy” i paru konfliktowych sytuacji odpoczęłam. Nawet trzykrotne przemierzenie Polski wzdłuż nie było szczególnie męczące.
Szef chyba  się ucieszył z mojego powrotu do biura.  Jesteśmy dla siebie bardzo uprzejmi, a ja wykazuję się naprawdę ogromną cierpliwością do jego różnych pomysłów, czy też zachowań.  Przez dwa tygodnie urlopu moje myśli zaprzątnięte były realizacją programu kolonii.  Stąd odpoczynek pomimo pracy.  Teraz wróciłam do codzienności, a ta od nowa atakuje mnie wieloma pytaniami, na które nie znam jeszcze odpowiedzi.

czwartek, 26 lipca 2018

# 22


Mazury ….... Mazury..... ten niezapomniany zapach jeziora, tataraku, klimat żagli. Bardzo chętnie będę tutaj wracać, ale tylko dla żeglowania. A za mną weekendowy, z niewielkim przedłużeniem, wyjazd na kajaki. Spływ Krutynią w tym roku przedłużyliśmy do 20 km. Pogoda wymarzona. Przez naszą niefrasobliwość słońce pozostawiło swój czerwony ślad na naszej skórze. Na pamiątkę. Nie byłabym sobą gdybym nie odnotowała minusów tej wyprawy. Miejsce naszych dwóch pierwszych noclegów, mimo wielu pozytywnych opinii na sieci, oceniam średnio. Te wiszące pajęczyny brrrrrr. Jedynie cena za nocleg (40 Pln za osobę) była w porządku. Jedzenie w pobliskiej „restauracji” niezbyt smaczne. Ostatni dzień i noc spędziliśmy w Mikołajkach. Kwatera czysta, z ręcznikami (cena już 80 Pln za osobę), ale za oknem naszego pokoju usytuowany był grill, z którego paru gości nie omieszkało skorzystać, racząc się prawie do północy zimnymi trunkami. Kiepska sprawa, gdy w perspektywie kolejnego dnia mieliśmy długą, powrotną podróż. Cóż, w moim życiu obecnie jest taki etap, w którym unikam większej ilości ludzi. Długo walczyłam z irytacją coraz głośniejszym towarzystwem za oknem i chęcią zwrócenia im uwagi. A niech tam...wakacje.... Samo pływanie kajakiem miało tylko jeden minus. Bardzo liczne towarzystwo innych kajaków. Zatrzymujących się na rzece w dowolnym momencie, grupowo, wzdłuż, w poprzek, jak kto wolał. I do tego przypadki grup z głośną muzyką. Powinni tego zabronić. Uwielbiam odpoczywać w ciszy więc staraliśmy się sprawnie wymijać hałaśliwe grupy. Byłam szczęśliwa, gdy w poniedziałkowym poranek wyruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety wybraliśmy trasę, która biegła obok budowanej ekspresówki. Pełno ciężarówek oraz niemiłosiernej ilości kurzu i pyłu. Z ulgą dotarliśmy do domu. I tyle naszego wypoczynku tego lata. Przed nami wyjazd nad morze, ale tam będziemy pracować.

wtorek, 17 lipca 2018

# 21


Lipiec....już wskoczył w swą drugą połowę. Liczyłam na piękną, słoneczną pogodę...przecież to wakacje. A tu.......słabo ze słońcem.

Pełni entuzjazmu kupiliśmy z Konradem, na sieci, leżaki do opalania. Niestety, jeden z nich musiałam reklamować. Wrrrr.......   Uroki zakupów on-line. Na szczęście firma szybko i sprawnie moje sugestie zwrotu pieniędzy wzięła pod uwagę i po małych perturbacjach otrzymałam zwrot gotówki na konto. Dla siebie fajny leżak kupiłam w sklepie stacjonarnym. Zanim skompletowaliśmy sprzęt do opalania przez cały ten czas pogoda nie umożliwiała korzystania z niego. Nadciągnęły chmury strasząc ewentualnym deszczem. Nie było go za wiele, a ziemia spragniona każdej kropli. Ja też patrzyłam w niebo z nadzieją, że porządnie popada, planując nawet wyjście na deszcz, by zmoknąć. I taka pogoda utrzymuje się do dziś. Mało słońca, trochę deszczu, w porywach pada więcej.  Śmiejemy się z Konradem, że być może tego lata z nowego zakupu nie skorzystamy.

Od pewnego czasu z przyjemnością wracam do wspomnienia naszego ubiegłorocznego spływu kajakiem na Mazurach. Po raz pierwszy zasiadłam w kajaku więc miałam pewne obawy, ale po paru minutach przekonałam się jak świetny to był pomysł. Cudowna okolica, możliwość podpłynięcia do brzegu i popływania, cisza i przejrzysta woda. Nie miało znaczenia, że bolały ręce, a na dłoniach pojawiły się pęcherze. Wyjechałam stamtąd przeszczęśliwa z mega naładowanymi akumulatorami. Teraz spontanicznie wpadliśmy na pomysł, że może powtórzymy tę mazurską przygodę. Szybko przeanalizowaliśmy nasze finansowe możliwości. Następnie jeden czy dwa telefony i mamy już nocleg. Kajak dzisiaj został zarezerwowany. Przecież jeśli coś ma się wydarzyć to wszystko będzie temu sprzyjało. I sprzyja. Staram się nie przeforsowywać na siłę pomysłów, które co chwila napotykają na trudności. Mówię sobie...może to nie ten czas. A Mazury są właśnie tym czasem....doskonale! 

W czerwcu bardzo mocno dała o sobie znać tzw. „ostroga” w prawej stopie. Zbagatelizowałam problem, ale kiedy ból solidnie dał mi w kość poszłam do lekarza. Chyba na „ładne oczy”, bo żadnych badań nie musiałam robić, dostałam skierowanie na zabiegi rehabilitacyjne. Pod koniec lipca je rozpocznę. Do tego czasu próbuję na własny koszt korzystać z fali uderzeniowej i ultradźwięków. Ból bardzo powoli, ale mija. Mam nadzieję, że przepisane zabiegi pozwolą mi wrócić do pełnej sprawności. Przecież w perspektywie mam w sierpniu wyjazd jako wychowawca kolonijny nad morze. A tuż przed wyjazdem wesele mojej chrzestnej córki.  Ze względu na dawne niesnaski z tą częścią rodziny nie mam ochoty tam jechać, ale widziałam jak bardzo jej zależy.  Zapewne to będzie jedyna okazja, by po wielu latach  spotkać się w takim gronie rodzinnym.  

środa, 20 czerwca 2018

# 20


Mój ulubiony miesiąc maj dawno już za mną. Odmierzałam go zapachami bzu, jaśminu i konwalii. Powoli kończy się też czerwiec, który temperaturami bardziej przypomina upalny miesiąc lipiec. Z tęsknotą spoglądam na niebo, bywa że zachmurzone, oczekując deszczu. Jest bardzo sucho więc unoszący się kurz powoduje u mnie silne objawy alergii. Jestem tym zmęczona.
Szczęśliwie zakończyłam, w tym roku szkolnym, swoją działalność wolontariusza. Mam mieszane uczucia. Bardzo lubię coś robić, gdy widzę tego sens. W przeciwnym wypadku zniechęcam się i dziękuję za dalsza współpracę. Tutaj mam sporo do przemyślenia. Z jednej strony nie chciałabym rezygnować ze spotkań z tym chłopcem, który już mnie trochę poznał, a podobno jest bardzo trudny w nawiązywaniu relacji. Z drugiej strony mój czas i wysiłek, który wkładam w przygotowanie się do tych spotkań, to sztuka dla samej sztuki. Nie spodziewałam się spektakularnych wyników moich starań. Miałam świadomość, że będzie trudno. Ale nie sądziłam, że rodzic będzie to utrudniał. Sama jestem matką i gdyby ktoś nieodpłatnie chciał pomóc mojemu dziecku to przynajmniej bym nie przeszkadzała. Chwilami czułam jakby pani Maria była zazdrosna o moje spotkania z jej synem. Sama z trudem zostawiała nas samych i w sumie na wszelkie możliwe sposoby uniemożliwiała szanse na wspólne wyjścia z nim (choćby kino). Gdy usiłowałam z nią rozmawiać i prosić o pomoc stwierdziła, że ją obrażam jako matkę, bo sugeruję, iż słabo jej wychodzi przekonywanie syna. Nie sądzę, bym utrzymała relację z Pawłem na takim etapie jaki do tej pory udało nam się osiągnąć. By temu zapobiec zaproponowałam jeszcze, w okresie wakacyjnym, wspólne wyjścia na lody itp., ale coś czuję, że pozostanie to bez odzewu ze strony pani mamy. Będę jednak czekała na jej odzew do końca lipca. Jeśli będzie tak jak myślę to zmienię grupę. Szkoda mi się spalać dla samej idei.
Po 9 latach abstynencji motoryzacyjnej dałam się namówić Konradowi, by usiąść za kierownicą. Jak zwykle mój pierwszy raz był pełen strachu. Z wielką obawą prowadziłam samochód, ale Konrad to całkiem nieźle przeżył. Bardzo lubiłam kiedyś jeździć, ale teraz nie odnalazłam tego pragnienia w sobie. Jutro i w sobotę będę jednak musiała być kierowcą.


piątek, 11 maja 2018

# 19


Przychodzi taki dzień, gdy nieoczekiwanie, nawet w środku tego dnia, wpadam na nieproszonego gościa, a ten zagarnia mnie do siebie swymi ramionami. Dzieje się to tak szybko i sprawnie, że nim się obejrzę cała moja pozytywna energia znika niczym kamfora. Właśnie wczoraj tak się stało. Spotkanie po pracy z koleżanką nie było w stanie przegonić smutku we mnie. Beznamiętnie podzieliłam się wrażeniami z ostatnich wydarzeń. Z niechęcią grzebałam w zamówionej sałatce z grillowanym kurczakiem i jeszcze bardziej zniechęciłam się do rukoli. Z ulgą wyszłam z restauracji i zadzwoniłam po Konrada, by mnie zabrał do domu. A dziś.....za oknem piękne słońce, a ja nadal smęcę. Najchętniej rzuciłabym wszystko i zaszyła się w najodleglejszym krańcu świata....sama ! Jak mawiał Piotr Bałtroczyk....boli mnie w człowieku......

wtorek, 8 maja 2018

# 18

Nie jestem jedyną osobą, która zauważa pędzący jak oszalały czas.  Coraz częściej mam wrażenie, że nie nadążam, że doba jest zbyt krótka na to wszystko co chciałabym zrobić, doświadczyć.  A może to ja zwolniłam, a czas mnie wyprzedza ?  
Jakiś czas temu kasztanowiec za oknem  niespiesznie nęcił minimalizmem zieleni. I proszę....pyszni się teraz pełną świeżości zielenią, przetkaną jeszcze nie przekwitłymi kwiatostanami.  Był już pierwszy wiosenny, ciepły deszcz, po którym głęboko wdychałam zapach ziemi.  Przekwitły już moje ulubione bzy, a krzak jaśminu lada moment wystrzeli bielą kwiatów bym mogła upajać się ich zapachem. Właśnie za to wszystko uwielbiam wiosnę.
Tyle niezwykłości.
Z rzeczy zwykłych : 
1. Konrad znalazł na sieci interesujące go auto i w towarzystwie swojego brata, który o samochodach ma znacznie większe pojęcie niż my, pojechaliśmy je obejrzeć. Oględziny fachowca trwały nieco, a że była to sobota i grill kusił zapachami właściciel nie krył zniecierpliwienia.  Potem szybka decyzja i Konrad stał się właścicielem młodszego rocznika samochodu, który poległ w konfrontacji z młodym-bezmyślnym kierowcą.  Sprawy związane z jego przerejestrowaniem załatwialiśmy w trakcie naszego dłuższego weekendu.  Na szczęście urzędy pracowały, choć czas oczekiwania na załatwienie formalności wyniósł 4 godziny !  
2. Kreacja na wesele do ostatnich dni była skrupulatnie przeze mnie uzupełniana.  Miałam już po kokardę oglądania-wybierania tych wszystkich duperszmitów.  Co chwila zmieniała mi się koncepcja i byłam już tym zmęczona.  Ślub w niewielkim kościele i przyjęcie weselne w  przepięknym miejscu były wspaniałe. Stoły pięknie nakryte, dużo miejsca do tańca, bardzo smaczne i różnorodne menu, wyśmienite towarzystwo. Może tylko muzyka była zbyt głośna.  Wybawiliśmy się z Konradem do białego rana. Cała nasza znajoma paczka siedziała przy jednym stole.  Znamy się od lat szkoły podstawowej.  Miałam taki moment na weselu, że dałam się ponieść nostalgii.  Patrzyłam na moje koleżanki i kolegów, na ich twarze i myślałam o tym, że przecież nie tak dawno...wczoraj....przedwczoraj....kończyliśmy szkołę podstawową.  Ze śmiechem wypisywaliśmy sobie dedykacje na zdjęciach, którymi się wymienialiśmy.  Rozchodziliśmy się do różnych szkół.  Kiedy staliśmy się tacy dojrzali? Kiedy czas zdążył wypisać nasze doświadczenia zmarszczkami na twarzach?  Jak to się stało, że teraz my patrzymy z łagodnym uśmiechem na młodzieńczy zapał, a w myślach powtarzamy frazy piosenki "...ale to już było...i nie wróci więcej....".  W czwartek odpoczywaliśmy po weselnych szaleństwach, a w sobotę udaliśmy się na tzw. poprawiny, które odbyły się na działce rodziców pana młodego.  Nasza paczka nie zawiodła, a humory dopisywały przez cały czas trwania zabawy.  
Miesiąc maj obfituje w tym roku w różnorodne spotkania towarzyskie. Przed nami impreza urodzinowa kolegi Konrada, a później wyjazd na drugi koniec Polski do naszej koleżanki, która układa sobie na nowo życie. Tym razem z kobietą. Od początku mocno trzymamy za to kciuki.