czwartek, 24 października 2019

# 38


Piękny jest październik tego roku. Pełen słońca i ciepła. Z przyjemnością wystawiam twarz do słońca, zamykam oczy i przenoszę się do mojej, jak to określił Maciej, nibylandii. Być może spogląda na mnie teraz z miejsca, do którego wybył zbyt wcześnie. Ponagla mnie spojrzeniem...no idźże wreszcie...nie obawiaj się...realizuj śmiało marzenia. Niestety nie uspokajają się we mnie liczne lęki. Dwa tygodnie temu zdecydowałam się skorzystać z pomocy specjalisty. Może nie dzieje się nic mocno niepokojącego, ale postępujące uczucie przygnębienia dało się zauważyć. Po szczegółowym wywiadzie dostałam swoją „pigułkę szczęścia”. Wystraszyły mnie skutki uboczne medykamentu, ale zdecydowałam się przyjąć na początek tę najmniejszą dawkę. Po tygodniu, wg zaleceń mojego lekarza, dawkę zwiększyłam. Nie zauważyłam żadnych z podanych w ulotce działań niepożądanych. Muszę poczekać jeszcze trochę aż specyfik zacznie działać. Dziś mam wolne popołudnie, więc po pracy zamierzam do domu wrócić „własną dwójką”. Czas wdrożyć jakiś wysiłek fizyczny, bo efekty letniej diety szybko znikną. Przy okazji złapię jeszcze trochę endorfin...tego nigdy za wiele.

poniedziałek, 21 października 2019

# 37

Były takie chwile, gdy myślałam, że może coś ze mną jest nie halo. Związane to było ze spostrzeżeniem, iż systematycznie znikają z mojego życia znajomi, koleżanki, koledzy. Przystawałam i przyglądałam się sobie, tam w środku. Może coś robię nie tak? Ale nie czułam wewnętrznie, że to wyłącznie moje działania mają na to wpływ. Część znajomych zostało szczęśliwymi babciami i dziadkami poświęcając maksimum swojego wolnego czasu maluchom. Mnie ten temat jak na razie nie kręci i być może nie będę osobą, która za wszelką cenę będzie chciała być nadaktywną babcią, bo chwilami mam takie wrażenie słysząc przeróżne opowieści obfitujące w ochy i achy. Niektóre koleżanki, odkąd weszły w związki, poszły swoją drogą. Nie do końca to rozumiałam, bo można mieć mniej czasu na spotkania kumpelskie, ale żeby aż tak nie mieć ? Tak jakbyśmy nagle wskoczyły w odmienne światy, inne problemy etc. Nie należę do osób, które gorliwie zabiegają o spotkania, pogaduchy więc relacja wygasła. Z jedną koleżanką miałam ostre spięcie na płaszczyźnie zawodowej i przestałyśmy się odzywać. Czułam się urażona jej zachowaniem, a ona uważała, że nie ma nic więcej do powiedzenia. Niedawno na nowo, sporadycznie spotykamy się w projekcie. Witamy się, grzecznościowo wymieniamy zdawkowymi informacjami. Miałam taki moment, gdy pomyślałam, że może usiądziemy i porozmawiamy, ale szybko porzuciłam ten pomysł. Nie chcę jednak wracać do tej znajomości. Nie mam ochoty być cierpliwą słuchaczką, pocieszycielką strapionej. I tak ostatnio zauważyłam, że mój wieloletni kolega – pracoholik, powoli odchodzi swoją drogą. Coraz rzadziej się spotykamy, coraz mniej do siebie piszemy. Na ostatnim spotkaniu mówił tylko o swoich sprawach, bo ja zwyczajnie nie miałam ochoty podzielić się z nim wydarzeniami z mojego życia. Nie lubię agonii, jestem zwolenniczką krótkich, chirurgicznych cięć. Nie tak dawno próbowałam z nim o tym porozmawiać, ale kategorycznie stwierdził, że nie ma mowy o zakończeniu naszej znajomości. Może trzeba wyjść po angielsku ?