wtorek, 21 września 2021

# 62

Dziś ostatni dzień lata, brrrr....zimno.    Pocieszające jest to, że wczoraj rozpoczął się sezon grzewczy w mojej wspólnocie, więc po powrocie do domu z ulgą zdejmuję ciepłą bluzę i skarpetki.   Zasiadam w fotelu z kubkiem gorącej herbaty i strząsam z siebie smuteczki. Byłam zmuszona załatwić pewne sprawy więc wyruszyłam rano komunikacją miejską. Długi autobus z impetem podjechał na początek długaśnej zatoki przystankowej. Poruszam się raczej powoli, z pomocą jednej kuli.  Najbliżej miałam przedostatnie drzwi pojazdu.   Autobus był zatłoczony, ale udało mi się wejść i stać przy samych drzwiach. Dzięki operacji kolana i atrybutowi „nie w pełni sprawna jestem” zyskałam na niewidzialności.  Siedząca młodzież niechętnie otaksowała mnie wzrokiem i....zniknęłam. Obawiałam się tej jazdy, pełnej gwałtownego hamowania i po chwili podobnego przyspieszania.   Trzeba sprytnie lawirować na zatłoczonych ulicach miasta.  Po kilku przystankach z ulgą wysiadłam, ale zniesmaczyła mnie taka postawa młodych ludzi.  Mam wrażenie, że młodsze pokolenie coraz mniej ma w sobie empatii.  Żyją bardziej w wirtualnej przestrzeni, a rzeczywiste relacje z ludźmi tracą na ważności, stają się zimne. Jakieś to takie nie moje.

Nucę więc razem z De Mono :

"Znowu zwykły dzień, nikt nie zmienił świata, tak naprawdę nikt nie naprawił nic.  Znów kolejna data, bladoszary świt w autobusie ścisk :))  (...)

Może zwykły dzień, to nie koniec świata. Bo najważniejsze ze jesteśmy razem, mamy nasze sny. Przecież zwykły dzień dobrze się układa i w jego całym tym chaosie jestem ja i ty."


czwartek, 16 września 2021

# 61

 Gdy było się piękną i młodą prawie żadna kontuzja nie spędzała mi snu z powiek. Skręcona kostka kończyła na jakiś czas w gipsie, a po jego zdjęciu nieco „zastany” staw ćwiczyłam przy wciskaniu pedału sprzęgła. Wszystko szybko wracało do normy. Upadek na rowerze zakończył się otarciem kolana i lekką jego opuchlizną. Oczywiście samo przeszło. Za to teraz, gdy pierwsza młodość jest już za mną, wszystkie te „samoprzeszłe” urazy dają o sobie mocno znać. Nie mogłam się już dłużej oszukiwać, że bolące kolano nic nie znaczy. Znaczy i to na wielu płaszczyznach. Do bolącego stawu dołączyły problemy z biodrem, kręgosłupem i stopą. I czy mi się to podobało, czy nie, mimo posiadania przeze mnie ogromnej fobii dot. szpitali, zabiegów i oczywiście igieł pod każdą postacią, zdecydowałam się na zabieg artroskopii. Nie obyło się bez kilkukrotnego przekładania terminu mojego pojawienia się na oddziale ortopedii. Pod koniec sierpnia zameldowałam się w szpitalu. Już sama poranna ulewa nie nastrajała mnie optymistycznie. Przez ok. 4 godziny, z miną przerażonego skazańca, cierpliwie czekałam na przyjęcie. Po drodze test na covid, jakieś wywiady w każdym możliwym punkcie i długie wędrówki labiryntem szpitalnych korytarzy. W starym budynku szpitala salki maleńkie, 2 osobowe, ze wspólną łazienką i wc na korytarzu. Wszystko klaustrofobiczne, hałaśliwe i mało komfortowe dla chorych. Nic to. Przeżyłam zakładanie wenflonów. Tym razem, mimo mojego przerażenia, poszło gładko. Gorzej było z wkłuwaniem się w kręgosłup. Młody lekarz nie poradził z tym sobie i poprosił o pomoc bardziej doświadczoną lekarkę. Byłam już podpięta pod aparaturę i słyszałam przyspieszone bicie swojego serca, co wprowadzało mnie w jeszcze większą panikę. Znieczulenie się powiodło, operacja również. I niczym na taśmie produkcyjnej, następny proszę. Trzeciego dnia zostałam wypisana ze szpitala i teraz radź sobie pacjencie jak tylko sam potrafisz. A moje potrafisz było na początku żadne. Źle znoszę wszelkie niedyspozycje zdrowotne. Kolano opuchnięte po zabiegu, łydka pulsująca bólem po zastosowaniu przy zabiegu opaski uciskowej. I każdego dnia zastrzyki w brzuch przeciwzakrzepowe. Gdy ból łydki się utrzymywał musiałam wykonać usg żył. Na NFZ nie ma szans, by termin badania był na cito, co pozwoliłoby mi odetchnąć od zastrzyków. Fuksem udało mi się znaleźć termin płatnego badania, bo nawet w tym przypadku terminy oczekiwania sięgają nawet 1 miesiąca. Uffff....wszystko ok, żadnych stanów zapalnych etc. Wczoraj po raz pierwszy bez strachu myślałam o wieczorze, kiedy to przyjmowałam iniekcje. Chodzę wspomagając się 1 kulą, opuchlizna zeszła na kostkę i mam problemy ze znalezieniem odpowiedniego obuwia, gdy wychodzę z domu. Wrześniowa aura łaskawa więc jakoś daję radę. Bardzo powoli wracam do sprawności. Kolejnym cudem było znalezienie bliskiego terminu rehabilitacji. Już za miesiąc będę mogła pracować nad stawem, by w pełni wrócić do zdrowia. W tym obolałym okresie los mi jednak sprzyjał.