środa, 18 listopada 2020

# 49

 Będąc nastolatką „miałam alergię” na noszenie czapki w okresie jesienno-zimowym.         I zgodnie z ostrzeżeniami, które w tamtym okresie słyszałam od mamy, obecnie ponoszę tego konsekwencje.   Od 3-4 lat, gdy tylko pojawiają się pierwsze chłodne dni, moje zatoki boleśnie mi o swoim istnieniu przypominają. W ubiegłym roku żadne domowe sposoby nie pomogły i zmuszona zostałam do przyjmowania antybiotyku.  W tym roku, na początku października szybko wyłapałam pierwsze symptomy, więc pomogły Sinulan forte wraz z nagrzewaniem zatok lampą Solux.  Oczywiście na mojej głowie błyskawicznie pojawiła się czapka.  Cieszyłam się, że samodzielnie wyleczyłam upierdliwe zatoki, ale po 2 tygodniach ponownie zaczęłam odczuwać zatokowe bóle głowy.  Sięgnęłam znowu po lampę, by łagodzić objawy. Nie zdążyłam się podleczyć. Tak jak się po cichu obawiałam, Konradowi przypadła w udziale rola pozytywnego aktora w ogólnoświatowym spektaklu  z koroną w tle.  W piątek udało mu się, bez wcześniejszego zapisywania, wykonać test i w poniedziałek wszystko już było wiadome.  Ponieważ oboje podejrzewaliśmy, że to na 90% może być covid, od soboty oboje udaliśmy się na samoizolację.  Osoba z Sanepidu zadzwoniła, w celu wywiadu i ustaleń zamknięcia,  dopiero w środę i wtedy Konrad otrzymał izolację do 2 listopada , a ja kwarantannę do 14 listopada.   Lepiej więc byłoby zachorować razem z nim.  Przesiedziałam zamknięta w domu 3 tygodnie.   Już po kilku dniach przebywania „we więźniu”, od przypadku do przypadku okraszanego odwiedzinami służb kontrolujących, zaczęłam dostawać szału. Mieszkanie z każdym dniem kurczyło się do przeraźliwie niewielkich rozmiarów.  Wpadłam w ramiona klaustrofobii.   Przeczytane książki na ebooku znikały z zadziwiającą szybkością.  Po żadną, z posiadanych gier, nie sięgnęłam, bo nagle dostałam do nich awersję. Niewiele było filmów, które chciałam oglądać.  Przeraźliwie tęskniłam za wolnością, za wyjściem z domu nawet w niepogodę, za kolorami jesieni, za rozmową z innymi ludźmi, za moją pracą, za spotkaniami z synem i jego rodzinką.  Na szczęście, razem z Konradem, bez większych spięć, tę izolację przetrwaliśmy.  Oboje, bliskie spotkanie z koronawirusem, przeszliśmy lekko. W poniedziałek szczęśliwa wróciłam do pracy i bardzo cenię sobie ten obecny stan. Nie śmiem narzekać na utyskującego szefa. Ba....mam nawet dla niego mega pokłady cierpliwości. Tylko czasami dopada mnie smutek, że tamta normalność jest już za nami. Że trzeba układać się z obecną, uczyć się czerpania radości z tego co teraz jest możliwe.

3 komentarze:

  1. To chyba taka nasza ludzka przekora, nagle czegoś zabraniają, to tego by się chciało. Każą siedzieć w domu, to chciałoby się wyjść:)
    Najważniejsze, że przeszłaś to dobrze, bez komplikacji. Pozdrawiam i życzę zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda :)....przekora :). Może także sposób na docenienie tego co się ma, z czego można korzystać bez ograniczeń. Bardzo się cieszę, że w sposób lekki mam już za sobą wirusa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak jak pisałaś u mnie.... oby na długo,jeśli nie na zawsze. Bo przecież nie można wykluczyć, że niektórzy się drugi raz nie zarażą. Ten koronawirus jest nieprzewidywalny.

      Usuń