piątek, 8 lutego 2019

# 30

To już drugi miesiąc tego roku. Jak z bicza strzelił. Spoglądam na chwilę za siebie. 
Wigilia spędzona z liczną rodziną Konrada. Było gwarno i bardzo miło. Pozostałe świąteczne dni byliśmy w domu goszcząc u siebie dzieci i oddając się błogiemu „nicnierobieniu”. 
Potem ślub i wesele, tym razem bratanka Konrada. Wszystko na świetnym poziomie. 
I na koniec mało udana zabawa sylwestrowa w lokalu. Miejsce na tę zabawę wybieraliśmy na chybił trafił i niestety nie trafiliśmy najlepiej. Niektóre ciepłe przekąski podawane były w żenujących ilościach, na stołach talerze z wędliną zaopatrzone skromnie i nikt ich nie uzupełniał. Nie za duży wybór sałatek i przekąsek. Na każdym stole mało kusząca patera z ciastem i owocami. DJ kompletnie nie potrafił zachęcić do zabawy, a muzyka słaba. Wróciliśmy do domu ok. godz. 2, a ja z przyjemnością opuszczałam ten lokal. 
Potem nastąpiło kilka, mega pracowitych dni, by wsiąść w samochód i po ponad 700 km jazdy znaleźć się nad ukochanym Bałtykiem. Trzy tygodnie pobytu w sanatorium. Dobre miejsce, ok. 100 m od morza, fajny pokój, smaczne wyżywienie, życzliwa obsługa, dobre zabiegi rehabilitacyjne Trafiliśmy idealnie, choć towarzystwo było od nas nieco starsze. Może tylko pogoda nas nie rozpieszczała, bo rzadko widzieliśmy słońce, a szaro-bure kolory za oknem nie wprawiały w najlepszy nastrój. Ale odpoczęliśmy. Bardzo rzadko zdarza mi się ucinać sobie drzemkę popołudniu, a w sanatorium przychodziłam do pokoju, po np. borowinowym okładzie lub basenie solankowym i musiałam troszkę pospać. Parę razy mieliśmy okazję wybrać się na taneczne „fajfy”. Może jestem wybredna, bo zniechęcał mnie repertuar muzyczny. To jeszcze nie moje klimaty. Prawie codzienne spacery brzegiem morza wpływały na mnie relaksująco. Chyba moje hashi zostało zaatakowane solidną dawką jodu, bo podczas minionej, czwartkowej wizyty u endokrynologa zmniejszono mi dawkę tyroksyny. Potem droga powrotna do domu w towarzystwie kapryśnej aury i wskakujemy w naszą codzienność. Mnóstwo pracy „na przedwczoraj”, napastliwe terminy.........szaleństwo. Dziś już mogę skupić się na pracy bieżącej. I ulubiony dzień – piątek, a w perspektywie nader towarzyski weekend.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz