środa, 28 lipca 2021

# 60

 Scenki rodzajowe z pola pracy.

1/ Mój boss konsumuje śniadanie. Nagle słyszę : mucha to wie pani, ach to jest.... Przez chwilę usiłuję zrozumieć co autor miał na myśli. Tym razem nie chodziło o uporczywego owada.

2/ Ni z gruszki, ni z pietruszki słyszę z pokoju szefa taki tekst : tak to jest jak to ten pani Ireno. WTF ?

3/ Boss po wielu latach udawania, że po upadku z jego kolanem nic złego się nie dzieje, postanowił poddać się zabiegowi chirurgicznemu. Dzielny, prawie na drugi dzień po wyjściu ze szpitala, stawił się w biurze. Grzecznościowo zapytałam jak się czuje. Odpowiedział kilkoma zdaniami po czym stwierdził, że mi miejsce operacji okaże. Nogawka spodni okazała się zbyt wąska, by móc właściwie zaprezentować opuchnięty jeszcze staw. Nie miałam szans by zaprotestować. Bez zastanowienia odpiął pasek od spodni, zsunął je i dumnie zaprezentował operowane miejsce. Tak na marginesie, miał całkiem fikuśne bokserki w serduszka. Minę miałam bezcenną.


poniedziałek, 19 lipca 2021

# 59

 Nie chodzi o te jabłka, ile po coś tam wlazł....dokładnie.... Liczy się sam fakt. A może on wcale nie ma aż takiego wielkiego znaczenia ? Może i sam fakt wart jest pozostawienia bez zbędnego roztrząsania ?

Trudną ostatnio sztuką jest dla mnie odpuszczanie pewnych, mniej chyba ważnych zdarzeń. To są pierdoły, ale mocno uwierają niczym drobny kamyczek w bucie. Wiem, że oczekiwanie na trwałą zmianę niektórych, niewygodnych dla mnie rzeczy jest marzeniem nie do spełnienia. Albo bierzesz wszystko, takim jakie jest, z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale przestajesz oszukiwać siebie i innych.

czwartek, 15 lipca 2021

# 58

 Czekałam na lato z niecierpliwością, ale czerwcowe upały bardzo szybko mnie zmęczyły. I jak na razie nie zapowiada się, by upiornie gorąca i duszna aura, już lipca, odpuściła. Siedzę w biurze, gdzie po godzinie 12 temperatura dochodzi do 30 st. Nie ma szans tutaj na klimę. Ważne sprawy załatwiam tuż po przyjściu do pracy, gdzie jest szansa jeszcze na nieco chłodniejszy powiew powietrza. Potem mój mózg się wyłącza. A gdy ponownie łapie tryb „on” pojawia się np. życzenie, by to lato było ostatnim w tej firmie. Powrót do domu środkami komunikacji miejskiej jest hardkorowym doznaniem. Czasami, przy tzw. okazji, pod pracę podjeżdża autem Konrad, ale pomimo włączonej klimatyzacji słońce, które operuje przez okna też nieźle daje w kość. Resztką sił docieram do domu, chłodny prysznic i nic więcej nie jestem w stanie robić. Parę pomysłów wykończeniowych w mieszkaniu czeka na bardziej przyjazne ku temu warunki. Nie sądzę bym je wdrożyła w życie przed zabiegiem artroskopii. Im bliżej terminu, tym staw kolanowy coraz bardziej daje o sobie znać opuchlizną i bólem. Obawiam się znieczulenia oraz późniejszego powrotu do sprawności.  Ale nie będę, po raz kolejny, przekładać daty tej operacji.

Jest czwartek, a ja czuję jakbym pracowała przez dwa tygodnie non stop.  Chciałabym wyjechać na kilka dni, zaszyć się w jakiejś głuszy, bez telefonu, internetu.  Niestety, na taki luksus nie mam szans.  Za tydzień wcielamy w życie pomysł Konrada i jedziemy do jego przyjaciela, w zachodnią część Polski.  Szmat drogi, ale nie chcę tego torpedować.  Dla mnie najlepszą obecnie metodą podróży jest teleportacja.  Ubolewam, że na razie pozostaje to w sferze marzeń.

poniedziałek, 31 maja 2021

# 57

     Mój ulubiony miesiąc mija w oszałamiającym tempie. Pomieszkaliśmy w nowym mieszkaniu 2 tygodnie i wyjechaliśmy z Konradem na 4 tygodnie do sanatorium. Dostaliśmy skierowania do Ciechocinka, co mnie nieco rozczarowało, bo marzyłam o wyjeździe nad morze. Szczególnie w tym czasie moja tarczyca znowu by na tym skorzystała. Ale jak się nie ma co się lubi to.... Nie ma co marudzić. Z miejsca tętniącego życiem ograniczenia covidowe uczyniły miejsce pełne marazmu, po którym często z kijkami, snują się dojrzali kuracjusze. Tężnie także zamarły. Miejscówka, jeśli chodzi o warunki, nie powalała na kolana. Ale zupełnie mi ani to,ani słaba pogoda nie przeszkadzały. Wyżywienie było dobre, nieźle urozmaicone. Po zabiegach wracałam do pokoju nieco osłabiona. Oddawałam się czytaniu książek, rozwiązywaniu krzyżówek, oglądaniu filmów na laptopie. Zasłużenie odpoczywaliśmy. Jak nigdy czasami ucinałam sobie poobiednie drzemki,podczas których Konrad samotnie wędrował po miasteczku. Kiedy deszcz i chłód odpuszczały ja także wychodziłam do parku i cieszyłam oczy świeżą zielenią przyrody. Kilka razy wyruszyliśmy zwiedzić okolice, a najczęściej trafialiśmy do Torunia. Zachwycałam się pięknem tamtejszej starówki delektując się oooogromnymi porcjami smakowitych lodów. 

     W czasie mojego turnusu sanatoryjnego przypadł termin drugiej dawki mojej szczepionki firmy Moderna. Sądziłam, że przełożenie tej daty nie będzie problemem. Okazało się, że nie tylko to jest dużym problemem. Pozostawiono mnie z nim samą. Na własną rękę musiałam na cito, znaleźć miejsce, gdzie te szczepionki mają i mogą mi ją podać. Nie było łatwo, ale trafiłam na ludzi, którzy potrafili podejść do mojej sprawy zdroworozsądkowo i życzliwie. Przyjęłam drugą dawkę i tak jak po pierwszej, po ok. 12h, gorączkowałam. Apap był jedynym lekarstwem, które przyjęłam, by przetrwać noc.

    Nasz wnuk wstrzymał się ze swoimi narodzinami do czasu naszego powrotu z kurortu. Wczoraj po raz pierwszy wzięłam go na ręce. Tyle rzeczy miałam mu powiedzieć, ale z wrażenia zamilkłam. Trzymając taką kruszynę w ramionach byłam oszołomiona. I nawet nie wiem dokładnie co czułam. Byłam i jakby mnie nie było. Jakbym stała obok siebie i bacznie się obserwowała. Na szczęście dla maleństwa moje rozterki nie miały znaczenia. Spało smacznie zmieniając tylko czułe ramiona, które z miłością zagarniały go do siebie. Bądź szczęśliwym, mądrym i dobrym człowiekiem Malutku.

czwartek, 22 kwietnia 2021

# 56

        W gorącym dla mnie czasie kończenia remontu łazienki, sprzątania po nim i wreszcie przeprowadzki, nawet nie zauważyłam, że np. zakwitły forsycje.  Dzisiaj, pospiesznie przemierzając drogę do pracy, dotarło do mnie, że przyroda zaskoczyła mnie swoim ożywieniem, pokrytą bielą mirabelką, pąkami liśćmi, a zapach wilgotnej ziemi zakręcił mi w głowie.   Wiosna...ech.....już jest.   Za oknem w pracy kasztan, już za parę chwil, będzie machał do mnie zieloną łapką.   Nie zauważam chłodu, ani wilgotnej aury.  Bardzo dużo spraw muszę ogarniać na cito.  Zdecydowanie ta zmiana mieszkania jest bardziej czasochłonna.  Mimo ogromnego zmęczenia tym wszystkim oboje z Konradem jesteśmy na nowym miejscu szczęśliwi. Wychodzę na balkon by cieszyć się ptasimi koncertami i chyba nawet dzięcioł wczesnymi porankami wystukuje swoją melodię.  Wieczorami wsłuchuję się w ciszę.  Mimo tego, że jeszcze wiele porządków w nowym lokum przede mną, to cieszę się wracając tam po pracy.  Mieszkanie powoli zaczyna wyglądać tak jak chciałam.  Co prawda nadal jesteśmy spakowani w pudełka, a ubrania leżą w workach, ale nowa szafa w sypialni już stoi.  W maju dotrze do nas nowy narożnik i to już będzie ostatni mebel, którego nam brakuje. Pozostaną nam do zrobienia inne detale, ale te mogą zaczekać.

    Mnóstwo rzeczy, które działy się na co dzień, pozwoliły mi mniej myśleć o tym, że muszę pogodzić się z odejściem ze swojego życia Arka.  Znamy się parę lat, był mi bliski jak brat. Tak go w sumie traktowałam.  Czekałam cierpliwie, aż jego pracoholizm pozwoli nam spotkać się, by porozmawiać.  Kiedyś umawialiśmy się na gadulca po mojej pracy, na wspólny lunch.  Covid zabrał tam tę ostatnią możliwość spotkań.  Pisał sms-y, przepraszał, że rzadko się odzywa, obiecywał, że to się zmieni.  Uśmiechałam się do jego deklaracji.  Nie zatrzymywałam go, wiedział, że jestem, że czekam.  Wiem, że ludzie pojawiają się w naszym życiu, spełniają swoją rolę i odchodzą.  Często odchodzą tak, jakby ich nigdy nie było. Byłam kiedyś  zwolenniczką tzw. krótkich cięć. Nie lubiłam rozwlekać w czasie rozstań.  Arek odchodził stopniowo, po kawałeczku. Z każdym dniem było go coraz mniej. Pozostał ślad.  A rozłożone w czasie rozstanie jest ok. 

poniedziałek, 29 marca 2021

# 55

 Starałam się myśleć pozytywnie i ze wszystkich sił powstrzymywałam swe zapędy w kierunku czarnowidztwa.  Było gorrrąco.  Intuicyjnie czułam, że są zawirowania z kupnem mojego mieszkania, ale nie nękałam telefonami pośrednika tylko cierpliwie czekałam.  Szczęśliwie wszystko poszło jak należy.  Pod koniec lutego mieszkanie, którego przez prawie 2 lata nie udało mi się polubić, sprzedałam.  Yeeessss.  Praktycznie 3 tygodnie czekałam na przelew należności z kredytu kupującego.  W tym samym czasie, pełna ufności, przy pomocy doradcy finansowego rozpoczęłam własne starania o kredyt hipoteczny. Z racji mojego dojrzałego już wieku nie byłam klientem, który może na rynku bankowym powybrzydzać. Ponadto polecany doradca okazał się człowiekiem, dla którego jego prowizja była priorytetem, a nie moje oczekiwania i możliwości.  Po pewnych perypetiach ostatecznie skorzystałam z pomocy jednak tego pierwszego doradcy, który swoim euforycznym wręcz podejściem wzbudził moją nieufność, a to skłoniło mnie do tego, by poszukać innego.  Finalnie, jednak właśnie przy jego staraniach, w ciągu 14 dni miałam podpisaną umowę o kredyt hipoteczny.  Sprawy nabrały tempa.   Na Fixly sprawnie znalazłam wykonawcę remontu łazienki, na który to zdecydowałam się w ostatniej chwili.  Mieszkanie, które zamierzam kupić, na pierwszy rzut oka sprawiało wrażenie zadbanego, ale im bardziej się mu przyglądałam tym więcej odnajdywałam mankamentów.  Ponieważ ceny materiałów budowlanych i usług są wysokie, a nie chciałam zadłużać się ponad miarę, stanęło, że na początek tylko łazienka poddana zostanie gruntownemu remontowi. A ten na dzień dzisiejszy zbliża się ku końcowi. Niecierpliwie czekam na efekt końcowy, bo sama wszystko zaaranżowałam i obecnie mam wątpliwości, czy moje pomysły spełnia pokładane oczekiwania.  Pakowanie odkładaliśmy z Konradem jak tylko się da. Nie czułam, że to już nie moje mieszkanie do czasu, gdy wczoraj oddaliśmy mojemu synowi stół wraz z krzesłami.   W salonie pojawiło się nieco wolnej przestrzeni i dotarło do mnie, że najwyższa pora zapełniać ją pudłami. Jakoś sobie tego nie wyobrażam, ale jak tylko spakujemy pierwszy karton rozruszam wyobraźnię.  Najwyższy czas rozpocząć końcowe odliczanie.

piątek, 5 lutego 2021

# 54

Wpadłam w mały dołek i trochę szukam dziury w całym. Chyba. Przyglądam się mojemu związkowi z Konradem. Coś mnie uwiera. Rozmawiamy, ale jakoś trudno nam się porozumieć. On stwierdził, że chciałabym, by mój mężczyzna był takim silnym ramieniem dla chwilami słabej kobietki. Doprawdy odkrywcze. Dodał, że przecież mam silny charakter i świetnie sobie radzę sama z niedogodnościami, które napotykam. Dopowiedziałam sobie, że skoro tak jest, to już nie musi zapodawać mi czasami tego swego ramienia. Super. Tylko, że chciałabym chwilami poczuć się taka mała i słaba. Bo bohater jest już zmęczony.

Za oknem mam dzisiaj piękną pogodę. To pomaga powoli pozbywać się smętnego nastawienia. Cieszę się więc z błękitnego nieba, z różnych rzeczy, które zwyczajnie mogę robić, ze spaceru w promieniach słońca. Napełniam szklankę kroplami, by chociaż w połowie była pełna.


środa, 3 lutego 2021

# 53

 Niedługo minie rok, gdy w Polsce oficjalnie usłyszeliśmy o covidzie.   Rozpoczęła się karuzela obostrzeń, lockdownów, optymistycznych zapewnień, pesymistycznych prognoz. Zamykanie...otwieranie...góra...dół.   Pomiędzy tym wszystkim zdezorientowani my, usiłujący tworzyć nową normalność.   Pierwszy etap epidemii rozpoczął się chwilowym okresem gromadzenia przez ludzi zapasów, a towarem deficytowym stał się np. papier toaletowy.   Jak za dawnych, niedobrych czasów.   Należałam do grupy, która do całej sytuacji podeszła na spokojnie.    Nie robiliśmy żadnych zapasów i na szczęście nie było to potrzebne.   Koronawirus stopniowo wtapiał się w moją/naszą rzeczywistość.   W chwili hurrra optymizmu naszych rządzących, po półrocznym okresie oczekiwania, mogłam nawet pójść na koncert.    Nie straciłam pracy w przeciwieństwie do mojego syna.   Za to miałam osobistą nieprzyjemność bliskiego spotkania z covidem.    Ale nic to. Przetrwałam, z opcją teraźniejszych konsekwencji drapnięcia kolcem wirusa.    Może nie będą one na tyle poważne, by na stałe wpisać się w kolejkę do następnego specjalisty.   Nie przepadałam za robieniem zakupów np. odzieżowych w internecie.   Lubiłam dotknąć, nacieszyć oko, przymierzyć. To także musiałam zmienić w swoim życiu.   W okresie gdy ulubione sklepy były otwarte, ich zaopatrzenie było niestety marne.   Nikt nie był przecież zainteresowany robieniem zapasów, nowymi zamówieniami, zamrażaniem kapitału.   Zmuszona sytuacją, na siłę zaprzyjaźniam się ze światem zakupów wirtualnych.   Mój znajomy sklep z artykułami szewskimi, z nowym 2021 rokiem został zlikwidowany.    Nawet sznurówki kupiłam on-line.   Nie wiem, czy się przyzwyczaję. Mam ostatnio spore problemy z godzeniem się z obecną codziennością.    Tęsknię za zapachem ulubionej knajpy, gwarem ludzi, smakiem tarty.   Brakuje mi wyjścia do kina, teatru.    Od tygodnia patrzę w laptop na otwartą stronę jednego z teatrów, który usiłuje sobie jakoś radzić w czasie tej cholernej epidemii.   Mogę wykupić dostęp do wybranego spektaklu i obejrzeć go w dowolnej pozycji, na własnej kanapie.    Ale to nie to samo ! Dopadł mnie mega wkurw.   Gdzieś z tyłu głowy tłucze się myśl, że być może taka już będzie ta nowa normalność.   Z falami zakażeń i związanych z tym restrykcji. To wirus, nie ten to inny, będzie kształtował codzienność.    A mnie brakuje już giętkości, by się plastycznie wpasowywać w te nowe schematy.

piątek, 22 stycznia 2021

# 52

         Miało być bez zbędnej spinki .... i było. Wszystko działo się falami. Były momenty, że drzwi mojego mieszkania prawie się nie zamykały, bo poszukujący swojego lokum go oglądali. A potem następowała cisza. Aż wreszcie przed samymi świętami trafił się ten, dla którego moja nieruchomość była dosłownie strzałem w dziesiątkę. Od momentu wejścia, razem z moim pośrednikiem, zauważyliśmy ten błysk w oku. Jeszcze chwila niepewności, czy wpłynie zadatek i …..yeeesssss. 

     Machina finansowa została wprawiona w ruch. Procedury bankowe zajmują trochę czasu więc mogłam sama rozpocząć akcję poszukiwania dla siebie domu. Na początku nowego roku ofert mieszkań o powierzchni max 50 ²m było jak na lekarstwo. Większość do remontu, a ja nie chcę się już tym zajmować. Chcę wejść do gotowych do zamieszkania pomieszczeń, ewentualnie z opcją odświeżenia. Ceny lokali o takim metrażu są powalające. Starałam się nie emocjonować, ale były chwile, że czułam napięcie z powodu świadomości, że czas ucieka, a sama będę musiała wspomóc się częściowo kredytem. Jak było fajne mieszkanie „do wejścia” to powierzchnia trochę za mała i dojazd z peryferii słaby. Inny lokal na III piętrze, ale brakuje windy. A ja w niedalekiej perspektywie mam artroskopię, a i z każdym rokiem bezcennym dla nas staje się fakt nie dreptania po licznych schodach. Patrzyłam na zdjęcia prezentowanych mieszkań w stanie deweloperskim i oczyma wyobraźni urządzałam je dla nas. Równie szybko sprowadzałam się na ziemię. Jedna z ofert na rynku wtórnym, 2-3 biur nieruchomości, wielokrotnie przewijała mi się podczas przeglądania w internecie. Za którymś razem zatrzymałam się przy niej na dłużej. Tym razem trafiłam na nią na FB i miły dialog z kobietą jakoś mnie skusił, by jednak umówić się na oglądanie. Obejrzeliśmy je razem z Konradem. Właściciele bardzo sympatyczni, trochę sobie z nimi posiedzieliśmy. Im dłużej się tam rozglądałam tym mocniej czułam, że to miejsce dla mnie. Na drugi dzień podpisaliśmy umowę przedwstępną oraz wpłaciliśmy zadatek. Teraz czekam na zakończenie mojej transakcji i nowy zakup nabierze tempa. 

     Porzuciłam żal, że moje dopieszczone od zera mieszkanko muszę opuścić i zaczynać w nowym miejscu. Trochę na tym straciłam i finansowo, i zdrowotnie. Ale mój spokój ducha i zdrowie są najważniejsze.

czwartek, 17 grudnia 2020

# 51

      Powoli zmierza ku końcowi rok 2020. Zawsze życzę sobie, by nowy rok był lepszy niż poprzedni, bo dlaczego by nie ? 

    Oglądam się za siebie i patrzę na to co już poza mną, i czego zmienić nie mogę.  Pewnie gdyby była możliwość modyfikacji przeszłości, to jakieś korekty mogłabym poczynić.  Ale musi być jakiś porządek rzeczy i dobrze nie móc mieszać w tym co już było. Coś się nareszcie we mnie zmieniło. Przeskoczyłam na inną falę myślenia. Dlatego też nie ocenię mijającego roku jako złego. Był trudny, chwilami nawet bardzo, to fakt.  Ale wiele się nauczyłam, wiele zrozumiałam i chwyciłam za rąbek ładu we mnie oraz spokojnego spojrzenia na codzienność. Wiem, że potrzebuję jeszcze trochę czasu (nie jest to istotne jak wiele), by móc już na co dzień cieszyć się tym spokojem.   Ale mam już świadomość, że potrafię żyć bez zbędnych emocji, że umiem złapać dystans, że umiem przepracować  w sobie trudne rzeczy, które spotykam na swojej drodze.   

    Cieszy mnie to, że doszłam do tego dobrego dla mnie punktu sama.   Jestem wdzięczna za te doświadczenia, bo dzięki nim wiele zrozumiałam. Podjęłam pewne decyzje, wprowadziłam je w czyn i poczułam się wolna. Nareszcie spadł mi dziwny ciężar z ramion i mogę swobodnie oddychać. A teraz czas na to, by urodzinowe życzenie przesłane dla mnie przez portugalskiego kolegę, się spełniło. Bo właśnie jego pełne życzliwości słowa przypomniały mi, że ostatnimi czasy rzadko się uśmiecham.

poniedziałek, 30 listopada 2020

# 50

     Zawsze mieszkałam w blokach i jak dotąd nie miałam złych doświadczeń z tym związanych. Wręcz przeciwnie, z przyjemnością wspominam tamte czasy i tamtych  sąsiadów.   Zapewne, niezbyt raczej powszechna, pomroczność dopadła mnie w chwili podejmowania decyzji o zakupie tego mieszkania. Nie wiem jakie argumenty zagłuszyły moje obawy, które się wtedy pojawiały.   Teraz to już musztarda po obiedzie. Po 1,5 roku mieszkania tutaj i zyskania nerwowości o jaką siebie nigdy nie podejrzewałam, dziś powoli odpuszczam i dopuszczam do siebie racjonalne argumenty za zachowaniem spokoju.  

    Bo mam po kokardę tych Sebów podjeżdżających autem z pełnym rykiem silnika pod kamienicę vis a vis, bez względu na porę dnia; ulicznych dialogów głoszonych na miarę przemówień do przygłuchych mas; towarzyskich spotkań w bramie – niekiedy okraszonych pełnymi emocji meczami np. ping-ponga. Jak z pełnym zrozumieniem i cierpliwością podchodziłam w roku ubiegłym do tzw. parapetówek u sąsiadów, tak już obecnie trudno mi zachować spokój, gdy słyszę odgłosy nowej biby. Wiem, taka akustyka i w tym momencie nic z tym nie zrobię. Ale ludzie zapominają, że nie mieszkają na pustyni. Co za czasy ! Każdy myśli tylko o sobie, a inni ludzie ….niech spadają ! Im więcej promili krąży w ich krwi tym bardziej tracą słuch i muszą mówić głośniej. Moi sympatyczni sąsiedzi z góry wynajmują mieszkanie. Nowi najemcy to ludzie młodzi, którzy chcą się spotykać ze znajomymi tym bardziej, że covidowa teraźniejszość nie daje dużych możliwości wyboru miejsca. Ale ja nie chcę w tym po nocach uczestniczyć ! Wręcz mi przeszkadzają te odgłosy. Więc stosunki między mną a najemcami, jak również właścicielami lokalu, stają się napięte. Wszystko jeszcze grzeczne, ale ja jestem na granicy wytrzymałości. Na okrasę skrzypiące, niczym wrota piekieł, drzwi wejściowe do kilku mieszkań. Właścicielom to nie przeszkadza, za to ja dostaję już nerwowej wysypki. I lokatorzy z mieszkania nad nami, którzy dla zdrowotności chodzą na bosaka – po prostu cudownie ! Dziś 5.21 tupiąca pobudka. Całe tygodnie, miesiące z tymi odgłosami, które są w sumie naturalne, dla mnie z czasem stały się powodem frustracji. A ja przeistaczam się w upierdliwą, gderliwą kobietę.  Moje relacje z Konradem też były napięte. W ubiegłym tygodniu moja wściekłość sięgnęła apogeum. Trudno mi poradzić sobie z tą sytuacją. Zaczęłam rozważać powrót do magicznych pigułek, ale one zmniejszają tylko skutki póki je przyjmuję. Przyczyny nadal istnieją. Co jakiś czas pośrednik przychodzi z osobami zainteresowanymi kupnem mojego mieszkania. Ruch nie jest wielki, ale liczę na to, że wkrótce trafi się kupiec i będę mogła oddać się poszukiwaniom innego miejsca do zamieszkania. 

    Jestem mieszczuchem, ale zaczęłam rozważać możliwość zakupu niedużego domku, w niezbyt odległej okolicy od mojego miasta. Najchętniej z dala od ludzi. Ceny nieruchomości powalają z nóg.  Ale rzuciłam w przestrzeń moje pragnienie. Co ma być to będzie.  Może zdążę jeszcze znaleźć spokojne miejsce do dalszego życia nim oszaleję.