środa, 18 listopada 2020

# 49

 Będąc nastolatką „miałam alergię” na noszenie czapki w okresie jesienno-zimowym.         I zgodnie z ostrzeżeniami, które w tamtym okresie słyszałam od mamy, obecnie ponoszę tego konsekwencje.   Od 3-4 lat, gdy tylko pojawiają się pierwsze chłodne dni, moje zatoki boleśnie mi o swoim istnieniu przypominają. W ubiegłym roku żadne domowe sposoby nie pomogły i zmuszona zostałam do przyjmowania antybiotyku.  W tym roku, na początku października szybko wyłapałam pierwsze symptomy, więc pomogły Sinulan forte wraz z nagrzewaniem zatok lampą Solux.  Oczywiście na mojej głowie błyskawicznie pojawiła się czapka.  Cieszyłam się, że samodzielnie wyleczyłam upierdliwe zatoki, ale po 2 tygodniach ponownie zaczęłam odczuwać zatokowe bóle głowy.  Sięgnęłam znowu po lampę, by łagodzić objawy. Nie zdążyłam się podleczyć. Tak jak się po cichu obawiałam, Konradowi przypadła w udziale rola pozytywnego aktora w ogólnoświatowym spektaklu  z koroną w tle.  W piątek udało mu się, bez wcześniejszego zapisywania, wykonać test i w poniedziałek wszystko już było wiadome.  Ponieważ oboje podejrzewaliśmy, że to na 90% może być covid, od soboty oboje udaliśmy się na samoizolację.  Osoba z Sanepidu zadzwoniła, w celu wywiadu i ustaleń zamknięcia,  dopiero w środę i wtedy Konrad otrzymał izolację do 2 listopada , a ja kwarantannę do 14 listopada.   Lepiej więc byłoby zachorować razem z nim.  Przesiedziałam zamknięta w domu 3 tygodnie.   Już po kilku dniach przebywania „we więźniu”, od przypadku do przypadku okraszanego odwiedzinami służb kontrolujących, zaczęłam dostawać szału. Mieszkanie z każdym dniem kurczyło się do przeraźliwie niewielkich rozmiarów.  Wpadłam w ramiona klaustrofobii.   Przeczytane książki na ebooku znikały z zadziwiającą szybkością.  Po żadną, z posiadanych gier, nie sięgnęłam, bo nagle dostałam do nich awersję. Niewiele było filmów, które chciałam oglądać.  Przeraźliwie tęskniłam za wolnością, za wyjściem z domu nawet w niepogodę, za kolorami jesieni, za rozmową z innymi ludźmi, za moją pracą, za spotkaniami z synem i jego rodzinką.  Na szczęście, razem z Konradem, bez większych spięć, tę izolację przetrwaliśmy.  Oboje, bliskie spotkanie z koronawirusem, przeszliśmy lekko. W poniedziałek szczęśliwa wróciłam do pracy i bardzo cenię sobie ten obecny stan. Nie śmiem narzekać na utyskującego szefa. Ba....mam nawet dla niego mega pokłady cierpliwości. Tylko czasami dopada mnie smutek, że tamta normalność jest już za nami. Że trzeba układać się z obecną, uczyć się czerpania radości z tego co teraz jest możliwe.

środa, 30 września 2020

# 48

 Nie ma czasu na nic innego... Takie jest życie i nikt nie ucieknie z tego świata żywy. Jeszcze jest czas, więc żyj dla przyjemności, jutra może już nie być. Jedz co chcesz, chodź po słońcu, kąp się w morzu... Powiedz prawdę, kiedy to poczujesz. Bądź szalony, bądź głupi. Bądź dziwny. Bądź sobą, nie ma czasu na nic innego."


~ Richard Gere


    Kiedy myśli w mojej głowie zaczynają coraz głośniej rezonować, wtedy budzą się moje przerażacze i usiłują się we mnie na nowo rozgościć. Znam to uczucie zapadania w złudnie miękkie poczucie bezradności, więc bez zbędnego czekania mówię STOP ! 

     Wracam do słów jednego z moich ulubionych aktorów, którego zawsze postrzegałam jako pełnego spokoju i życiowej mądrości. Kilka głębokich oddechów i znów mam siebie na wyłączność. Jestem sobą. Jestem tu i teraz. Cokolwiek mogę teraz zrobić, to na pewno to zrobię. A cała reszta, na którą nie mam wpływu ?  Niech się dzieje sama. Przywracam w sobie przekonanie, że zawsze jest jakieś rozwiązanie, że nie warto się wszystkim martwić.


poniedziałek, 28 września 2020

# 47

     Piękne było lato tego roku. Choć z każdym, kolejnym rokiem coraz gorzej znoszę wysokie temperatury, to jednak z przyjemnością korzystałam z pełnych słońca dni. W tym roku wyjątkowo nie wzięłam urlopu w okresie letnim. Czekałam na skierowanie do sanatorium, którego termin, ze względu na koronawirusa, został znacznie przesunięty w czasie. Miałam wyjechać do uzdrowiska właśnie w ramach urlopu wypoczynkowego Stąd więc obecnie moje większe „zmęczenie materiału” tym bardziej, że pracuję na dwóch etatach. I na karb tego zmęczenia kładłam narastającą we mnie niechęć do pomagania osobom, które biorą udział w programach pomocowych. Szczególnie przed spotkaniami z p. Ewą musiałam mocno pilnować irytacji i uzbrajać się w grubą osłonę z asertywności. Te programy z założenia mają pomagać, ale w przypadku p. Ewy są one wyręczającymi. Asystenci sprowadzeni są do roli służącego. Zastanawiałam się, w którym momencie idea tych działań wskakuje na zupełnie inny tor. Do tych ciekawych projektów trafiają chyba często niewłaściwe osoby, którym się zwyczajnie nie chce włożyć więcej wysiłku w swą codzienność. To nie jest kwestia tego, że w związku z posiadanymi ograniczeniami nie radzą sobie z pewnymi czynnościami, ile wygodą możliwości wyręczenia się inną osobą. A przecież ja mam pomóc pokonać pewne bariery, wesprzeć w razie potrzeby, towarzyszyć w załatwianiu różnych spraw. Niestety, moja rola została sprowadzona do funkcji całkowitego zastępstwa w każdym możliwym działaniu. Próbowałam rozmawiać z p. Ewą, namawiać do zwiększenia aktywności. Ale moje słowa trafiały na solidny mur „wiem lepiej co jest dla mnie dobre”. Parę miesięcy temu włożyłam wiele starań, by otrzymała dotację na zakup elektrycznego skutera. Udało się i razem cieszyłyśmy się perspektywą wspólnych wyjść na zakupy. Jak dotąd moja podopieczna tylko kilka razy siadła za kierownicę sprzętu, w tym 3 razy wyjechała sama poza własne podwórko. Ciągle słyszę, że czuje się fatalnie, że ciągle coś innego jej dolega. Moim zdaniem wiele tych dolegliwości związanych jest z jej praktycznie żadną aktywnością fizyczną. Ewa zżyma się na swojego lekarza, który ze sporym dystansem podchodzi do zgłaszanych przez nią problemów zdrowotnych. I nie jest to bagatelizowanie jej stanu zdrowia. P. Ewa zachowuje się jak hipochondryk. Ze względu na moje problemy z kręgosłupem unikam noszenia ciężarów. Więc zakupy dla mojej podopiecznej staram się robić częściej, a mniej. Już kilka razy prosiła mnie ona o zakup wody mineralnej nie na sztuki, ale całej zgrzewki. Grzecznie odmawiałam wyjaśniając, że z racji zdrowotnych nie noszę takich ciężarów. Niby słyszy i rozumie, ale co jakiś czas ten temat wraca. Nie jestem jedyną osobą, która na co dzień pomaga p. Ewie. Jednak są to tylko kobiety. Zapytałam ostatnio dlaczego jej syn, który jest młodym człowiekiem i ma samochód, nie podjedzie do sklepu, lub hurtowni, i nie zakupi tam kilku zgrzewek wody, by zabezpieczyć w nią swoją matkę ? Tym bardziej, że w domu jest miejsce, by tych kilka opakowań postawić. Nic nie odpowiedziała. Mam wrażenie, że za wszelką cenę chce odciążyć swoją najbliższą rodzinę. Na wszelkie możliwe sposoby tłumaczy ich nieobecność brakiem czasu, by ją odwiedzić, by zachęcić do aktywności. Dzieci i wnuki rzadko ją odwiedzają i nie interesuje ich to, że czasami przydałaby się ich pomoc, a przede wszystkim życzliwa troska osób najbliższych. P. Ewa dzielnie chce dać sobie sama radę. Tylko czy naprawdę właśnie tak to ma wyglądać? Najbliższej rodzinie, czy też samej osobie niepełnosprawnej należy pomóc, ale nie wyręczać. Znam kilka osób, które zmagają się z chorobami, ale nie pozwalają im na odebranie normalnej codzienności. Jest ona okupiona większym wysiłkiem, ale są samodzielni i życiowo sprawni. A moja podopieczna z każdym dniem staje się nieporadna, zmęczona życiem i zgorzkniała. Temat rzeka.

    Rozmawiałam ostatnio z moją przyjaciółką Małgosią. Od wielu lat pracuje w domu opieki. Podziela moje spostrzeżenia w tym temacie. Pomoc ludziom, która polega na wyręczaniu ich z różnych czynności, które z powodzeniem sami mogą wykonywać, czyni tych ludzi bezradnymi, wygodnymi i roszczeniowymi. Z każdym rokiem stajemy się starsi, niektóre rzeczy zaczynają być dla nas trudniejsze w wykonaniu. Ale nie oznacza to, że w związku z tym mamy scedować je na inne osoby. Codzienność jest treningiem, który powoduje, że jesteśmy sprawni i fizycznie, i intelektualnie. Małgosia jednej z osób personelu, która odeszła na emeryturę, spotkawszy ja na ulicy, zadała pytanie. Czy nie ma ochoty, teraz już niezobowiązująco, odwiedzić znajomych pensjonariuszy ? Ta stanowczo odpowiedziała, że nigdy ! Że nareszcie nie musi przyjeżdżać w miejsce pełne piranii, hien i szakali.

wtorek, 22 września 2020

# 46

     Nie miałam ani chęci, ani czasu, by dokładniej zagłębić się w siebie i przeanalizować dlaczego obecnie w moim życiu dzieje się tak, a nie inaczej. Dlaczego po moim ubiegłorocznym, satysfakcjonującym schudnięciu dopadł mnie efekt jo-jo. Po diecie wiedziałam jak mam się dalej odżywiać i byłam przekonana, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Po codziennej pracy na 1,5 etatu wracałam do domu, do którego tak naprawdę podświadomie wracać nie chciałam. I tam kompulsywnie zajadałam stres. Nie były to góry jedzenia, którym rekompensowałam sobie niezadowolenie. Jednak wystarczyło to, bym po kilku miesiącach obecnie nie mieściła się w swoje ubrania. Po niedzieli, którą z własnej woli spędziłam w domu, dotarło do mnie jak negatywnie wpływa na mnie to mieszkanie, a konkretnie miejsce jego położenia. Po wielu tygodniach mojej walki, która polegała m.in. na wzywaniu policji, korespondencji z administratorem, w sąsiedztwie można powiedzieć, że zapanował spokój. Ale zdarza się, tak jak miało to miejsce w minioną niedzielę, że przez wiele godzin dochodzą do mnie odgłosy libacji w kamienicy naprzeciwko. I wiem, że jest źle, bo budzą się we mnie uśpione demony z przeszłości. Mój ojciec zafundował mi takie dzieciństwo i pamięć tych nocy, gdy za ścianą trwała pijacka impreza, w określonych sytuacjach wraca jak bumerang. Ogromny dyskomfort psychiczny jaki wtedy czuję niszczy mnie od środka. Powiedziałam sobie dość ! Podjęłam decyzję o sprzedaży mojego mieszkania i wczoraj podpisałam umowę pośrednictwa z biurem. Chociaż szkoda mi tego wysiłku jaki włożyłam w ten lokal, by mógł być moim wymarzonym domem i naprawdę świetnych, najbliższych sąsiadów, to nie mam wątpliwości co do słuszności tej decyzji. Gotowa jestem zostawić wszystko i znaleźć miejsce, które będzie dla mnie dobre.

środa, 26 sierpnia 2020

# 45

    Już ponad rok, poza swoją pracą zawodową, wykonuję obowiązki związane z pewnym projektem. Projekt społeczny dla osób niepełnosprawnych. To zajęcie jest z zupełnie innej dziedziny niż moje wykształcenie i główna praca, ale posiadam dodatkowe kursy, które dają mi uprawnienia także w takim zakresie. Beneficjentami są osoby w różnym wieku, posiadające przeróżne schorzenia. Obserwuję tych ludzi, czasami zżymam się na pewne schematy, cieszę się ich sukcesami, pocieszam, wspieram, motywuję i pomagam. Dzięki nim wzmacniam swą wdzięczność za własną sprawność, za zdrowe dziecko, za możliwość prowadzenia normalnego życia zdrowego człowieka. Przystępując do tego przedsięwzięcia miałam w głowie wspomnienie matek dzieci niepełnosprawnych okupującym gmach Sejmu. Co prawda jak dotąd sama, przez kilka miesięcy, zajmowałam się chorą na nowotwór mamą, ale to zupełnie inna bajka. Nie miałam wielkiego wyobrażenia ile trudu niesie ze sobą codzienność z dzieckiem, które wymaga całodobowej opieki. Bardzo chciałam móc odciążyć taką mamę, by miała chwilę wytchnienia od trudnej codzienności, by mogła wyjść np. do fryzjera, spotkać się ze znajomymi na kawę itp. Nie wiem ile takich kobiet korzysta z dobrodziejstwa tych planów pomocowych. 

 Osobiście mam pod swoją opieką m.in. niespełna 30-letnią dziewczynę z porażeniem mózgowym Marię oraz 60-letnią panią Ewę z m.in. RZS. Mama Marysi to mama-kwoka, która za punkt honoru postawiła sobie otoczenie jej opieką w bardzo szerokim zakresie. Nie ma mowy, by skorzystała z mojej obecności i wyrwała się z domu, by złapać oddech. Skupiła się na pomocy choremu dziecku, ale niestety zapomniała o, moim zdaniem najważniejszym. Wyręczała swoje dziecko gdzie tylko było to możliwe czym się przyczyniła do jej bezradności w wielu życiowych czynnościach. Zdaję sobie sprawę ile wysiłku i codziennej, żmudnej często pracy kosztuje wychowywanie dziecka niepełnosprawnego. Chylę czoła przed takimi rodzicami. Widziałam, na przykładzie moich wychowanków na turnusach rehabilitacyjnych, że ten wysiłek może przynieść wymierne efekty. Takie dziecko dorasta i staje się samodzielne, oczywiście na miarę swoich możliwości. A moja podopieczna Marysia, chociaż posiada wiele możliwości samoobsługi, jest osobą pasywną. Jej mama – Krystyna, zmęczona już całodobową opieką, chciałaby teraz, by córka jej pomagała, by samodzielnie wykonywała czynności wokół siebie. Ale jej wymagania w tym kierunku spotykają się nie tylko z buntem, olewaniem, ale także z agresją. Rozmawiałam z Marysią, która słucha, z trudem podejmuje dialog, ale i tak na drugi dzień wraca do swojego wygodnego schematu. Wspieram rozmową i dobrym słowem Krystynę, choć wiem, że jak sobie pościeliła...... Obydwie wymagają terapii i mają możliwość, szybciej niż inni, z takowej skorzystać. Po dwóch, trzech spotkaniach kończy się jak zwykle.....przestają na nie chodzić.


piątek, 7 sierpnia 2020

# 44

     Covid-19 zmienił wiele. Często obecnie najprostsza rzecz może przysporzyć trudności w codziennym życiu. Będąc zmuszoną osobiście udać się do urzędów zauważyłam, że urzędnicy, popierani wytycznymi ministerstw, bronią się jak mogą przed petentami. A przecież wykonując swoją pracę wcale nie są bardziej narażeni na zarażenie się niż np. pracownicy sklepów. Ale urzędnik w tym kraju to „rzecz święta”. I tak przy wejściu do budynku stoi np. groźny pan i władca w postaci ochroniarza. Ten skrupulatnie liczy ilość przebywających w urzędzie patentów, z powagą mega ważnej persony celebruje wręcz otwieranie i zamykanie drzwi, dokonując wymiany osób w środku urzędu, pragnących załatwić swoją sprawę. Oby to musiała być jednorazowa wizyta w danej sprawie. W przeciwnym wypadku człowiek będzie zmuszony ponownie, karnie stać w długaśnej kolejce na zewnątrz, bez względu na to, czy pada deszcz, czy też słońce pali niemiłosiernie. Wczoraj wzięłam dzień urlopu w pracy i jako pomoc udałam się z synem do wypasionego budynku. Sądziłam, że pani, która łaskawie zeszła do nas na dół z aktami sprawy pozwoli nam sprawnie wszystko ustalić. Ale nieeeeee. Usłyszawszy, że chcemy kopie niektórych dokumentów szybko zgarnęła teczkę i skierowała nas do informacji. Wskazała nawet bełkotliwie, do której konkretnie, bo jest ich dwie. Stoimy. Zachowujemy zalecany dystans społeczny, ledwie dysząc w maseczkach na twarzach. Po ok. pół godziny oczekiwania docieramy do rozsuwających się bezszelestnie drzwi urzędu. Tam pani odpytuje nas w jakim celu mamy czelność usiłować się dostać do środka. Wysłuchuje dosyć wybiórczo tylko części naszej odpowiedzi. Niestety, podobno stanęliśmy do niewłaściwego punktu informacyjnego. Musimy odstać swoje w kolejnej kolejce. Z racji swego życiowego doświadczenia staram się zachować spokój. Poziom zdenerwowania u mojego syna, z minuty na minutę, niebezpiecznie rośnie. Jest młody, jeszcze nie chce pogodzić się z tym, że to co teoretycznie powinien zrobić pracownik instytucji, w której miał nieszczęście być zatrudniony, praktycznie spada na niego i szkoda jego czasu na gorzkie słowa, i negatywne emocje. Ja wściekam się chwilami, ale w środku siebie. Jeszcze zrywa się we mnie wola walki. Mam ochotę wrócić tam, gdzie to wszystko powinno być prawidłowo przygotowane, a pracownik właściwie poinformowany. Pytanie tylko po co ? Argument, że mogę tylko zaszkodzić sprawności załatwienia tej ważnej dla mojego syna sprawy, skutecznie studzi moje emocje. Wiem, że krnąbrna postawa mojego dziecka w tej nieszczęsnej agencji pracy, skutkowała złośliwością i przeczołganiem go tak, by mu się odechciało czegokolwiek oczekiwać. Suma summarum. Po ponad 2 godzinach naszego pobytu w urzędzie prawdopodobnie wszystko w dokumentacji zostało poprostowane, Dopytaliśmy się o szczegóły postępowania w dalszej sprawie jaką będzie odszkodowanie. Wsiedliśmy do samochodu i odetchnęliśmy z ulgą. Odwieźliśmy syna do domu (by załatwić tę sprawę pojechaliśmy z Konradem po niego ok. 60 km w jedną stronę). Po drodze uciszałam w sobie emocje. Myślałam o tym, jak powoli coraz mniej jest w człowieku człowieka. To nie roboty będą nas zastępować. To my, pozbawiając się m.in. empatii, stajemy się maszynami. Przecież za każdą z tych spraw, za tymi numerami widniejącymi na teczkach, za tymi usystematyzowanymi w skoroszytach dokumentami, stoi człowiek. Zwykły człowiek i jego życie, mniejszy, czy większy dramat, nieszczęśliwy wypadek, zdarzenie itd. itd. Nie jest ważny stos papierów do przerobienia na biurku. Ważne jest, by pomóc drugiemu człowiekowi załatwiając sprawę tak normalnie, zwyczajnie, po ludzku. By zrozumieć jego irytację i słowa, które wypowie w gniewie. Bo ja rozumiałam panią z wydziału, która z teczką przyszła do informacji i nie mając odwagi spojrzeć nam w oczy chyłkiem starała się uciec do statystyk, które muszą się zgadzać. Chciałam tylko zapytać ją dlaczego, mimo wielokrotnego telefonicznego kontaktu z nią, nie poinformowała mojego syna o tym, że powinien złożyć dodatkowe druki, by sprawa choć połowicznie została załatwiona do czasu aż ona wyda ostateczną decyzję. Zatrzymałam ją, ale widząc w jej oczach popłoch i kompletnie niezrozumienie o co ją pytam uśmiechnęłam się tylko i przestałam drążyć.

    Z innych, przyjemnych spraw, które zaistniały w mojej codzienności. Nie planując zakupu nowego, wprost z salonu samochodu, od dwóch tygodni jesteśmy posiadaczami takowego. Najpierw ot tak zrodził się pomysł wymiany naszego nastolatka na młodszy rocznik. Szukaliśmy więc w sieci, rozpytywaliśmy znajomych. Bezproblemowo załatwiliśmy finansowe wsparcie w banku. Potem trafiliśmy na ofertę sprzedaży, niedaleko Warszawy, cuda, które teoretycznie zaspokajało nasze oczekiwania. Data wyjazdu po upragnionego „młodzika”, ze wsparciem technicznym w postaci brata Konrada, oraz umówioną wizytą w autoryzowanej stacji, została ustalona. Dzień przed Konrad zadzwonił do swojego agenta ubezpieczeniowego, by przygotować się mentalnie na dodatkowe koszta. I tutaj nasza radość prysła. Cuda nikt nie chciał ubezpieczyć AC, gdyż prawdopodobnie było do poważnym wypadku. I tak się prawdopodobnie mogliśmy naciąć. Perspektywa takich super aut, które wystawione są na sprzedaż, na rynku wtórnym, ostudziła nasze zapały. I wtedy mój szef, słysząc o naszych poszukiwaniach, poddał nam pomysł do przemyślenia, by dołożyć nieco pieniędzy i kupić auto nowe. Początkowo mocno się przed tym wzbranialiśmy. Z każdej strony padały argumenty rodziny, czy znajomych, że nowe auto traci na wartości już po wyjeździe z salonu, że się zadłużymy etc. Słuchaliśmy tych rad, ale pojechaliśmy po pracy do dilera. Tam Konrad oglądał uważnie egzemplarz, o którym rozmawialiśmy wstępnie, telefonicznie i do którego moje oczy się zaśmiały. Już się w nim widziałam. Praktyczny Konrad jednak stwierdził, że na nasze wyjazdy auto jest za małe. Takie typowo miejskie. Nie ma szans, by się mieściły moje niezbędniki wyjazdowe, bo bagażnik był niewielki. Mężczyzna wyjeżdża na weekend w spa z jedną reklamówką, a kobieta na same swoje buty potrzebuje walizki. Przykład ze skeczu jak najbardziej jest w naszym przypadku prawdą :). Znajomy sprzedawca z salonu przedstawił więc nam inne auto, które dostojnie stało sobie nieco na uboczu. I to było to ! Ponieważ jeśli coś ma być twoje, coś ma zaistnieć w twoim życiu, to wszystko we wszechświecie ci sprzyja, tak też  było i w naszym przypadku. Niedobory finansowe zostały sprawnie uzupełnione i po 3 dniach wyjechaliśmy naszą nóweczką z salonu. Oj tak, będziemy mieli co comiesięcznie spłacać, ale nasze zadowolenie jest tego warte.

środa, 24 czerwca 2020

# 43

Czas epidemii to czas sprawdzianu. I tak m.in. posprawdzały się moje relacje nazywane dotąd przyjacielskimi.  Ewidentnie przekonałam się, że byłam dla wielu kołem ratunkowym, rękawem, w który można się wypłakać, doradcą, podporą.  W drugą stronę niestety to nie działa.  Za spadek nastroju i brak ochoty na "gadanie" i odpowiadanie na pytania "co u ciebie?" zostałam zrugana.  Nieważne jest moje samopoczucie i ogromna wtedy niechęć rozmawiania o tym, a nawet z kimkolwiek.  Pomimo moich jasnych komunikatów powinnam trzymać się tzw. powinności i nie robić rzeczy, które mogą zniechęcić mą "przyjaciółkę" nie tylko do mnie, ale wręcz do całej ludzkości.  Jak już Anna wylała całą żółć na mnie to z satysfakcją stwierdziła, że skoro chcę to mogę robić co zechcę. Podczas mojego milczenia przez ok. tydzień nie zadzwoniła do mojego syna, lub Konrada, by się upewnić, że nic złego się nie dzieje.  Nie oczekiwałam tego, bo mój kilkudniowy dystans nie był żadną próbą dla znajomych. Wiedziałam, że muszę to jakoś przetrwać i powoli wrócę na właściwe tory.  W pierwszej chwili chciałam zareagować na złość Anki. Chciałam przypomnieć o tych chwilach kiedy ona mogła na mnie liczyć w każdych okolicznościach, a tych trudnych w jej życiu było trochę.  Ja po prostu byłam  wtedy, interesowałam się, wspierałam.  Byłam przyjacielem...po prostu.  Potem jednak odechciało mi się pisać i wyjaśniać. Nie ma to sensu.  Zaleje mnie potokiem pretensji, a ja nie mam ochoty tego słuchać.  Miotła, która od jakiegoś czasu wymiata z mojego życia to co zbędne i niedobre dla mnie, jest skuteczna.  

# 42

Czas milczenia u mnie, a wkoło wiele się dzieje.  
Tradycyjnie dzieje się w polityce - temat, na który nie lubię się wymądrzać, gdyż od dawna go nie zgłębiam.  Obserwuję, słucham, staram się mieć swoje zdanie. 
Nim zdążyłam posiedzieć sobie z boku życia pojawił się nr 1, czyli covid-19.  To był dobry czas dla mnie, bo mogłam dłużej pobyć w domu.  W pracy zmniejszyliśmy ilość godzin. Kina, teatry i życie towarzyskie zamarło.  Oddawałam się więc pielęgnowaniu ziarna spokoju we mnie, które pojawiło się dzięki magicznej pigułce.  Z niechęcią wracałam do tzw. częściowej normalności.  Nowej/ jakby nie było.  Miałam kontrolną wizytę u lekarza i otrzymałam nowe tabletki radości.  Mój wewnętrzny spokój skulił się gdzieś we mnie, ale za to mam powera.  Nie wiem co jest lepsze.  Na kolejnej wizycie zapytam, czy możliwe jest by mieć i jedno, i drugie razem.  Przez kilka dni nie przyjmowałam żadnych leków związanych z obniżonym nastrojem więc śmiało weszłam w ostrą polemikę z moim szefem.  Od słowa do słowa rozmowa zeszła na to, że zapewne zechcę odejść od firmy.   Noszę się z tym zamiarem od wielu lat.  Ale wygoda i pewna ustabilizowana pozycja zawodowa skutecznie powstrzymywały mnie od takiego kroku.  Chciałabym, ale boję się.  Więc marudząc tkwię w tym czymś co od dawna nie daje mi praktycznie żadnej satysfakcji.  Ponieważ w ferworze  gorączkowej polemiki z szefem powiedziałam co myślę o pracy z nim zauważyłam, że na chwilę się zatrzymał.  Wreszcie dotarło do niego, że można mieć dość tych kilku godzin dziennie spędzanych z nim w biurze.  Zdziwił się, że nie jest idealny.  Nie doszliśmy do porozumienia w 100%, ale ja coraz bardziej (!) wiem, że muszę iść dalej.  Że pora puścić ten płot, którego tak się kurczowo trzymam.  Atmosfera w biurze nieco się poprawiła.  Mój boss pozbył się kija z tyłka i zaczął być milszy.  A ja rozglądam się za zajęciem, które dało by mi radość zawodową i pieniądze na godziwe (fajne słowo, szczególnie w naszym kraju) życie.

wtorek, 4 lutego 2020

# 41

Jestem zmęczona.  Wszystkimi planami, które powinnam już w tej chwili zacząć realizować. Wszystkimi zmianami, które są niezbędne, a ja chciałabym zatrzymać je natychmiast i niczego nie zmieniać.  Jeszcze nie teraz, jeszcze chwilę chcę się nacieszyć tym co jest.  Wiem, że to moje pobożne życzenie.  Czy mi się to podoba, czy też nie muszę uczestniczyć w dniu codziennym.  Muszę podejmować decyzje, rozwiązywać problemy i cieszyć się tym co tu i teraz.  Muszę !  A chcę tylko kilku dni wolnych od własnego życia.  Zniknąć z niego, nie brać w nim udziału i niech się dzieje wola nieba.  Usiądę obok jako bierny obserwator. Otulę się ciepłym kocem i popatrzę w milczeniu.

czwartek, 5 grudnia 2019

# 40


Kontrolna wizyta u specjalisty za mną. Tradycyjnie już pani doktor przyszła spóźniona. Po krótkiej rozmowie, przypominającej mój problem oraz pierwsze zalecenia farmakologiczne, otrzymałam dalsze wskazówki związane z leczeniem. Tak jak myślałam dawka leku została zwiększona. Zawiodłam mojego lekarza odmawiając podjęcia przeze mnie terapii. Po pierwsze z czysto praktycznych powodów. Dużo pracuję więc nie znajdę na tygodniu wolnego czasu, by wcisnąć tam terapię. Drugą myślą było to, że mam ogromną niechęć do tego typu spotkań. Jak mogłabym zupełnie swobodnie rozmawiać o swoich sprawach z obcą osobą to z psychologiem zaczyna to być problematyczne. Wiem, że posiadam, jak to określiła moja koleżanka, umiejętność samoterapetyczną. Umiem ze sobą rozmawiać i choć nie mogę być bezstronna to potrafię do siebie trafić i spojrzeć z innego punktu widzenia. Nie wiem, czy dysponując wolnym czasem zdecydowałabym się na podjęcie terapii z psychologiem.
Po wczorajszym szaro-buraśnym dniu dziś za oknem mam błękit nieba i słońce. Czuję wzrastający poziom endorfin. Liczę na powera, który pozwoli mi sprawnie powymiatać szereg wątpliwości związanych z planami na przyszły rok.

środa, 27 listopada 2019

# 39


Zauważam delikatne działanie leku. Mniej pesymistycznych myśli, mniej nerwowych reakcji na to co czasami dokucza za oknem. Konrad twierdzi, że częściej się śmieję. Na pewno łatwiej jest mi nie nadawać znaczącej rangi sprawom, na które nie mam większego wpływu. Nie daję się wciągać zawirowaniom trudniejszej czasami codzienności. Dzięki temu łapię bezpieczny dystans mogąc mniej dramatyczniej wszystko przyjmować. W przyszłym tygodniu mam kontrolną wizytę u specjalisty. Sądzę, że na jakiś czas dawka leku zostanie zwiększona.
Terapeutycznie działa na mnie również dodatkowa praca. Bardzo się przed tym wzbraniałam, ale w końcu zmuszona zostałam przerzucić część zajęć także na sobotę. Dzięki spotkaniom z moimi podopiecznymi doceniam to co mam. Uczę się m.in. cierpliwości, która u mnie była często towarem deficytowym. Lekcje pokory przyjmuję z należytym spokojem.
Nowe miejsce zamieszkania nie zawsze budzi moje cieplejsze uczucia. Dopieszczam wnętrze drobiazgami, zmieniam to co mi nie pasuje, ale czuję, że to nie jest jeszcze ten mój dom, do którego chętnie wraca się po pracy. Ciągle czuję, że czegoś w nim brak. Po rozpieszczających ciepłem jesiennych dniach nadszedł czas na niższe temperatury. W budynku mieliśmy pewne problemy z gazowym piecem. Po wstępnych perypetiach i interwencji znajomego podobno ma już działać z pomocą uruchomionej elektroniki. Mimo mniejszego mieszkania odczuwam, że jest chłodniej niż w tym poprzednim. Ciekawa jestem ile będę musiała dopłacić za zużycie gazu, bo to czeka mnie na pewno.