Będąc nastolatką „miałam alergię” na noszenie czapki w okresie jesienno-zimowym. I zgodnie z ostrzeżeniami, które w tamtym okresie słyszałam od mamy, obecnie ponoszę tego konsekwencje. Od 3-4 lat, gdy tylko pojawiają się pierwsze chłodne dni, moje zatoki boleśnie mi o swoim istnieniu przypominają. W ubiegłym roku żadne domowe sposoby nie pomogły i zmuszona zostałam do przyjmowania antybiotyku. W tym roku, na początku października szybko wyłapałam pierwsze symptomy, więc pomogły Sinulan forte wraz z nagrzewaniem zatok lampą Solux. Oczywiście na mojej głowie błyskawicznie pojawiła się czapka. Cieszyłam się, że samodzielnie wyleczyłam upierdliwe zatoki, ale po 2 tygodniach ponownie zaczęłam odczuwać zatokowe bóle głowy. Sięgnęłam znowu po lampę, by łagodzić objawy. Nie zdążyłam się podleczyć. Tak jak się po cichu obawiałam, Konradowi przypadła w udziale rola pozytywnego aktora w ogólnoświatowym spektaklu z koroną w tle. W piątek udało mu się, bez wcześniejszego zapisywania, wykonać test i w poniedziałek wszystko już było wiadome. Ponieważ oboje podejrzewaliśmy, że to na 90% może być covid, od soboty oboje udaliśmy się na samoizolację. Osoba z Sanepidu zadzwoniła, w celu wywiadu i ustaleń zamknięcia, dopiero w środę i wtedy Konrad otrzymał izolację do 2 listopada , a ja kwarantannę do 14 listopada. Lepiej więc byłoby zachorować razem z nim. Przesiedziałam zamknięta w domu 3 tygodnie. Już po kilku dniach przebywania „we więźniu”, od przypadku do przypadku okraszanego odwiedzinami służb kontrolujących, zaczęłam dostawać szału. Mieszkanie z każdym dniem kurczyło się do przeraźliwie niewielkich rozmiarów. Wpadłam w ramiona klaustrofobii. Przeczytane książki na ebooku znikały z zadziwiającą szybkością. Po żadną, z posiadanych gier, nie sięgnęłam, bo nagle dostałam do nich awersję. Niewiele było filmów, które chciałam oglądać. Przeraźliwie tęskniłam za wolnością, za wyjściem z domu nawet w niepogodę, za kolorami jesieni, za rozmową z innymi ludźmi, za moją pracą, za spotkaniami z synem i jego rodzinką. Na szczęście, razem z Konradem, bez większych spięć, tę izolację przetrwaliśmy. Oboje, bliskie spotkanie z koronawirusem, przeszliśmy lekko. W poniedziałek szczęśliwa wróciłam do pracy i bardzo cenię sobie ten obecny stan. Nie śmiem narzekać na utyskującego szefa. Ba....mam nawet dla niego mega pokłady cierpliwości. Tylko czasami dopada mnie smutek, że tamta normalność jest już za nami. Że trzeba układać się z obecną, uczyć się czerpania radości z tego co teraz jest możliwe.
środa, 18 listopada 2020
środa, 30 września 2020
# 48
„Nie ma czasu na nic innego... Takie jest życie i nikt nie ucieknie z tego świata żywy. Jeszcze jest czas, więc żyj dla przyjemności, jutra może już nie być. Jedz co chcesz, chodź po słońcu, kąp się w morzu... Powiedz prawdę, kiedy to poczujesz. Bądź szalony, bądź głupi. Bądź dziwny. Bądź sobą, nie ma czasu na nic innego."
~
Richard Gere
Kiedy myśli w mojej głowie zaczynają coraz głośniej rezonować, wtedy budzą się moje przerażacze i usiłują się we mnie na nowo rozgościć. Znam to uczucie zapadania w złudnie miękkie poczucie bezradności, więc bez zbędnego czekania mówię STOP !
Wracam do słów jednego z moich ulubionych aktorów, którego zawsze postrzegałam jako pełnego spokoju i życiowej mądrości. Kilka głębokich oddechów i znów mam siebie na wyłączność. Jestem sobą. Jestem tu i teraz. Cokolwiek mogę teraz zrobić, to na pewno to zrobię. A cała reszta, na którą nie mam wpływu ? Niech się dzieje sama. Przywracam w sobie przekonanie, że zawsze jest jakieś rozwiązanie, że nie warto się wszystkim martwić.
poniedziałek, 28 września 2020
# 47
Piękne było lato tego roku. Choć z każdym, kolejnym rokiem coraz gorzej znoszę wysokie temperatury, to jednak z przyjemnością korzystałam z pełnych słońca dni. W tym roku wyjątkowo nie wzięłam urlopu w okresie letnim. Czekałam na skierowanie do sanatorium, którego termin, ze względu na koronawirusa, został znacznie przesunięty w czasie. Miałam wyjechać do uzdrowiska właśnie w ramach urlopu wypoczynkowego Stąd więc obecnie moje większe „zmęczenie materiału” tym bardziej, że pracuję na dwóch etatach. I na karb tego zmęczenia kładłam narastającą we mnie niechęć do pomagania osobom, które biorą udział w programach pomocowych. Szczególnie przed spotkaniami z p. Ewą musiałam mocno pilnować irytacji i uzbrajać się w grubą osłonę z asertywności. Te programy z założenia mają pomagać, ale w przypadku p. Ewy są one wyręczającymi. Asystenci sprowadzeni są do roli służącego. Zastanawiałam się, w którym momencie idea tych działań wskakuje na zupełnie inny tor. Do tych ciekawych projektów trafiają chyba często niewłaściwe osoby, którym się zwyczajnie nie chce włożyć więcej wysiłku w swą codzienność. To nie jest kwestia tego, że w związku z posiadanymi ograniczeniami nie radzą sobie z pewnymi czynnościami, ile wygodą możliwości wyręczenia się inną osobą. A przecież ja mam pomóc pokonać pewne bariery, wesprzeć w razie potrzeby, towarzyszyć w załatwianiu różnych spraw. Niestety, moja rola została sprowadzona do funkcji całkowitego zastępstwa w każdym możliwym działaniu. Próbowałam rozmawiać z p. Ewą, namawiać do zwiększenia aktywności. Ale moje słowa trafiały na solidny mur „wiem lepiej co jest dla mnie dobre”. Parę miesięcy temu włożyłam wiele starań, by otrzymała dotację na zakup elektrycznego skutera. Udało się i razem cieszyłyśmy się perspektywą wspólnych wyjść na zakupy. Jak dotąd moja podopieczna tylko kilka razy siadła za kierownicę sprzętu, w tym 3 razy wyjechała sama poza własne podwórko. Ciągle słyszę, że czuje się fatalnie, że ciągle coś innego jej dolega. Moim zdaniem wiele tych dolegliwości związanych jest z jej praktycznie żadną aktywnością fizyczną. Ewa zżyma się na swojego lekarza, który ze sporym dystansem podchodzi do zgłaszanych przez nią problemów zdrowotnych. I nie jest to bagatelizowanie jej stanu zdrowia. P. Ewa zachowuje się jak hipochondryk. Ze względu na moje problemy z kręgosłupem unikam noszenia ciężarów. Więc zakupy dla mojej podopiecznej staram się robić częściej, a mniej. Już kilka razy prosiła mnie ona o zakup wody mineralnej nie na sztuki, ale całej zgrzewki. Grzecznie odmawiałam wyjaśniając, że z racji zdrowotnych nie noszę takich ciężarów. Niby słyszy i rozumie, ale co jakiś czas ten temat wraca. Nie jestem jedyną osobą, która na co dzień pomaga p. Ewie. Jednak są to tylko kobiety. Zapytałam ostatnio dlaczego jej syn, który jest młodym człowiekiem i ma samochód, nie podjedzie do sklepu, lub hurtowni, i nie zakupi tam kilku zgrzewek wody, by zabezpieczyć w nią swoją matkę ? Tym bardziej, że w domu jest miejsce, by tych kilka opakowań postawić. Nic nie odpowiedziała. Mam wrażenie, że za wszelką cenę chce odciążyć swoją najbliższą rodzinę. Na wszelkie możliwe sposoby tłumaczy ich nieobecność brakiem czasu, by ją odwiedzić, by zachęcić do aktywności. Dzieci i wnuki rzadko ją odwiedzają i nie interesuje ich to, że czasami przydałaby się ich pomoc, a przede wszystkim życzliwa troska osób najbliższych. P. Ewa dzielnie chce dać sobie sama radę. Tylko czy naprawdę właśnie tak to ma wyglądać? Najbliższej rodzinie, czy też samej osobie niepełnosprawnej należy pomóc, ale nie wyręczać. Znam kilka osób, które zmagają się z chorobami, ale nie pozwalają im na odebranie normalnej codzienności. Jest ona okupiona większym wysiłkiem, ale są samodzielni i życiowo sprawni. A moja podopieczna z każdym dniem staje się nieporadna, zmęczona życiem i zgorzkniała. Temat rzeka.
Rozmawiałam ostatnio z moją przyjaciółką Małgosią. Od wielu lat pracuje w domu opieki. Podziela moje spostrzeżenia w tym temacie. Pomoc ludziom, która polega na wyręczaniu ich z różnych czynności, które z powodzeniem sami mogą wykonywać, czyni tych ludzi bezradnymi, wygodnymi i roszczeniowymi. Z każdym rokiem stajemy się starsi, niektóre rzeczy zaczynają być dla nas trudniejsze w wykonaniu. Ale nie oznacza to, że w związku z tym mamy scedować je na inne osoby. Codzienność jest treningiem, który powoduje, że jesteśmy sprawni i fizycznie, i intelektualnie. Małgosia jednej z osób personelu, która odeszła na emeryturę, spotkawszy ja na ulicy, zadała pytanie. Czy nie ma ochoty, teraz już niezobowiązująco, odwiedzić znajomych pensjonariuszy ? Ta stanowczo odpowiedziała, że nigdy ! Że nareszcie nie musi przyjeżdżać w miejsce pełne piranii, hien i szakali.
wtorek, 22 września 2020
# 46
Nie miałam ani chęci, ani czasu, by dokładniej zagłębić się w siebie i przeanalizować dlaczego obecnie w moim życiu dzieje się tak, a nie inaczej. Dlaczego po moim ubiegłorocznym, satysfakcjonującym schudnięciu dopadł mnie efekt jo-jo. Po diecie wiedziałam jak mam się dalej odżywiać i byłam przekonana, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Po codziennej pracy na 1,5 etatu wracałam do domu, do którego tak naprawdę podświadomie wracać nie chciałam. I tam kompulsywnie zajadałam stres. Nie były to góry jedzenia, którym rekompensowałam sobie niezadowolenie. Jednak wystarczyło to, bym po kilku miesiącach obecnie nie mieściła się w swoje ubrania. Po niedzieli, którą z własnej woli spędziłam w domu, dotarło do mnie jak negatywnie wpływa na mnie to mieszkanie, a konkretnie miejsce jego położenia. Po wielu tygodniach mojej walki, która polegała m.in. na wzywaniu policji, korespondencji z administratorem, w sąsiedztwie można powiedzieć, że zapanował spokój. Ale zdarza się, tak jak miało to miejsce w minioną niedzielę, że przez wiele godzin dochodzą do mnie odgłosy libacji w kamienicy naprzeciwko. I wiem, że jest źle, bo budzą się we mnie uśpione demony z przeszłości. Mój ojciec zafundował mi takie dzieciństwo i pamięć tych nocy, gdy za ścianą trwała pijacka impreza, w określonych sytuacjach wraca jak bumerang. Ogromny dyskomfort psychiczny jaki wtedy czuję niszczy mnie od środka. Powiedziałam sobie dość ! Podjęłam decyzję o sprzedaży mojego mieszkania i wczoraj podpisałam umowę pośrednictwa z biurem. Chociaż szkoda mi tego wysiłku jaki włożyłam w ten lokal, by mógł być moim wymarzonym domem i naprawdę świetnych, najbliższych sąsiadów, to nie mam wątpliwości co do słuszności tej decyzji. Gotowa jestem zostawić wszystko i znaleźć miejsce, które będzie dla mnie dobre.
środa, 26 sierpnia 2020
# 45
Już ponad rok, poza swoją pracą zawodową, wykonuję obowiązki związane z pewnym projektem. Projekt społeczny dla osób niepełnosprawnych. To zajęcie jest z zupełnie innej dziedziny niż moje wykształcenie i główna praca, ale posiadam dodatkowe kursy, które dają mi uprawnienia także w takim zakresie. Beneficjentami są osoby w różnym wieku, posiadające przeróżne schorzenia. Obserwuję tych ludzi, czasami zżymam się na pewne schematy, cieszę się ich sukcesami, pocieszam, wspieram, motywuję i pomagam. Dzięki nim wzmacniam swą wdzięczność za własną sprawność, za zdrowe dziecko, za możliwość prowadzenia normalnego życia zdrowego człowieka. Przystępując do tego przedsięwzięcia miałam w głowie wspomnienie matek dzieci niepełnosprawnych okupującym gmach Sejmu. Co prawda jak dotąd sama, przez kilka miesięcy, zajmowałam się chorą na nowotwór mamą, ale to zupełnie inna bajka. Nie miałam wielkiego wyobrażenia ile trudu niesie ze sobą codzienność z dzieckiem, które wymaga całodobowej opieki. Bardzo chciałam móc odciążyć taką mamę, by miała chwilę wytchnienia od trudnej codzienności, by mogła wyjść np. do fryzjera, spotkać się ze znajomymi na kawę itp. Nie wiem ile takich kobiet korzysta z dobrodziejstwa tych planów pomocowych.
Osobiście mam pod swoją opieką m.in. niespełna 30-letnią dziewczynę z porażeniem mózgowym Marię oraz 60-letnią panią Ewę z m.in. RZS. Mama Marysi to mama-kwoka, która za punkt honoru postawiła sobie otoczenie jej opieką w bardzo szerokim zakresie. Nie ma mowy, by skorzystała z mojej obecności i wyrwała się z domu, by złapać oddech. Skupiła się na pomocy choremu dziecku, ale niestety zapomniała o, moim zdaniem najważniejszym. Wyręczała swoje dziecko gdzie tylko było to możliwe czym się przyczyniła do jej bezradności w wielu życiowych czynnościach. Zdaję sobie sprawę ile wysiłku i codziennej, żmudnej często pracy kosztuje wychowywanie dziecka niepełnosprawnego. Chylę czoła przed takimi rodzicami. Widziałam, na przykładzie moich wychowanków na turnusach rehabilitacyjnych, że ten wysiłek może przynieść wymierne efekty. Takie dziecko dorasta i staje się samodzielne, oczywiście na miarę swoich możliwości. A moja podopieczna Marysia, chociaż posiada wiele możliwości samoobsługi, jest osobą pasywną. Jej mama – Krystyna, zmęczona już całodobową opieką, chciałaby teraz, by córka jej pomagała, by samodzielnie wykonywała czynności wokół siebie. Ale jej wymagania w tym kierunku spotykają się nie tylko z buntem, olewaniem, ale także z agresją. Rozmawiałam z Marysią, która słucha, z trudem podejmuje dialog, ale i tak na drugi dzień wraca do swojego wygodnego schematu. Wspieram rozmową i dobrym słowem Krystynę, choć wiem, że jak sobie pościeliła...... Obydwie wymagają terapii i mają możliwość, szybciej niż inni, z takowej skorzystać. Po dwóch, trzech spotkaniach kończy się jak zwykle.....przestają na nie chodzić.
piątek, 7 sierpnia 2020
# 44
Covid-19 zmienił wiele. Często obecnie najprostsza rzecz może przysporzyć trudności w codziennym życiu. Będąc zmuszoną osobiście udać się do urzędów zauważyłam, że urzędnicy, popierani wytycznymi ministerstw, bronią się jak mogą przed petentami. A przecież wykonując swoją pracę wcale nie są bardziej narażeni na zarażenie się niż np. pracownicy sklepów. Ale urzędnik w tym kraju to „rzecz święta”. I tak przy wejściu do budynku stoi np. groźny pan i władca w postaci ochroniarza. Ten skrupulatnie liczy ilość przebywających w urzędzie patentów, z powagą mega ważnej persony celebruje wręcz otwieranie i zamykanie drzwi, dokonując wymiany osób w środku urzędu, pragnących załatwić swoją sprawę. Oby to musiała być jednorazowa wizyta w danej sprawie. W przeciwnym wypadku człowiek będzie zmuszony ponownie, karnie stać w długaśnej kolejce na zewnątrz, bez względu na to, czy pada deszcz, czy też słońce pali niemiłosiernie. Wczoraj wzięłam dzień urlopu w pracy i jako pomoc udałam się z synem do wypasionego budynku. Sądziłam, że pani, która łaskawie zeszła do nas na dół z aktami sprawy pozwoli nam sprawnie wszystko ustalić. Ale nieeeeee. Usłyszawszy, że chcemy kopie niektórych dokumentów szybko zgarnęła teczkę i skierowała nas do informacji. Wskazała nawet bełkotliwie, do której konkretnie, bo jest ich dwie. Stoimy. Zachowujemy zalecany dystans społeczny, ledwie dysząc w maseczkach na twarzach. Po ok. pół godziny oczekiwania docieramy do rozsuwających się bezszelestnie drzwi urzędu. Tam pani odpytuje nas w jakim celu mamy czelność usiłować się dostać do środka. Wysłuchuje dosyć wybiórczo tylko części naszej odpowiedzi. Niestety, podobno stanęliśmy do niewłaściwego punktu informacyjnego. Musimy odstać swoje w kolejnej kolejce. Z racji swego życiowego doświadczenia staram się zachować spokój. Poziom zdenerwowania u mojego syna, z minuty na minutę, niebezpiecznie rośnie. Jest młody, jeszcze nie chce pogodzić się z tym, że to co teoretycznie powinien zrobić pracownik instytucji, w której miał nieszczęście być zatrudniony, praktycznie spada na niego i szkoda jego czasu na gorzkie słowa, i negatywne emocje. Ja wściekam się chwilami, ale w środku siebie. Jeszcze zrywa się we mnie wola walki. Mam ochotę wrócić tam, gdzie to wszystko powinno być prawidłowo przygotowane, a pracownik właściwie poinformowany. Pytanie tylko po co ? Argument, że mogę tylko zaszkodzić sprawności załatwienia tej ważnej dla mojego syna sprawy, skutecznie studzi moje emocje. Wiem, że krnąbrna postawa mojego dziecka w tej nieszczęsnej agencji pracy, skutkowała złośliwością i przeczołganiem go tak, by mu się odechciało czegokolwiek oczekiwać. Suma summarum. Po ponad 2 godzinach naszego pobytu w urzędzie prawdopodobnie wszystko w dokumentacji zostało poprostowane, Dopytaliśmy się o szczegóły postępowania w dalszej sprawie jaką będzie odszkodowanie. Wsiedliśmy do samochodu i odetchnęliśmy z ulgą. Odwieźliśmy syna do domu (by załatwić tę sprawę pojechaliśmy z Konradem po niego ok. 60 km w jedną stronę). Po drodze uciszałam w sobie emocje. Myślałam o tym, jak powoli coraz mniej jest w człowieku człowieka. To nie roboty będą nas zastępować. To my, pozbawiając się m.in. empatii, stajemy się maszynami. Przecież za każdą z tych spraw, za tymi numerami widniejącymi na teczkach, za tymi usystematyzowanymi w skoroszytach dokumentami, stoi człowiek. Zwykły człowiek i jego życie, mniejszy, czy większy dramat, nieszczęśliwy wypadek, zdarzenie itd. itd. Nie jest ważny stos papierów do przerobienia na biurku. Ważne jest, by pomóc drugiemu człowiekowi załatwiając sprawę tak normalnie, zwyczajnie, po ludzku. By zrozumieć jego irytację i słowa, które wypowie w gniewie. Bo ja rozumiałam panią z wydziału, która z teczką przyszła do informacji i nie mając odwagi spojrzeć nam w oczy chyłkiem starała się uciec do statystyk, które muszą się zgadzać. Chciałam tylko zapytać ją dlaczego, mimo wielokrotnego telefonicznego kontaktu z nią, nie poinformowała mojego syna o tym, że powinien złożyć dodatkowe druki, by sprawa choć połowicznie została załatwiona do czasu aż ona wyda ostateczną decyzję. Zatrzymałam ją, ale widząc w jej oczach popłoch i kompletnie niezrozumienie o co ją pytam uśmiechnęłam się tylko i przestałam drążyć.
Z innych, przyjemnych spraw, które zaistniały w mojej codzienności. Nie planując zakupu nowego, wprost z salonu samochodu, od dwóch tygodni jesteśmy posiadaczami takowego. Najpierw ot tak zrodził się pomysł wymiany naszego nastolatka na młodszy rocznik. Szukaliśmy więc w sieci, rozpytywaliśmy znajomych. Bezproblemowo załatwiliśmy finansowe wsparcie w banku. Potem trafiliśmy na ofertę sprzedaży, niedaleko Warszawy, cuda, które teoretycznie zaspokajało nasze oczekiwania. Data wyjazdu po upragnionego „młodzika”, ze wsparciem technicznym w postaci brata Konrada, oraz umówioną wizytą w autoryzowanej stacji, została ustalona. Dzień przed Konrad zadzwonił do swojego agenta ubezpieczeniowego, by przygotować się mentalnie na dodatkowe koszta. I tutaj nasza radość prysła. Cuda nikt nie chciał ubezpieczyć AC, gdyż prawdopodobnie było do poważnym wypadku. I tak się prawdopodobnie mogliśmy naciąć. Perspektywa takich super aut, które wystawione są na sprzedaż, na rynku wtórnym, ostudziła nasze zapały. I wtedy mój szef, słysząc o naszych poszukiwaniach, poddał nam pomysł do przemyślenia, by dołożyć nieco pieniędzy i kupić auto nowe. Początkowo mocno się przed tym wzbranialiśmy. Z każdej strony padały argumenty rodziny, czy znajomych, że nowe auto traci na wartości już po wyjeździe z salonu, że się zadłużymy etc. Słuchaliśmy tych rad, ale pojechaliśmy po pracy do dilera. Tam Konrad oglądał uważnie egzemplarz, o którym rozmawialiśmy wstępnie, telefonicznie i do którego moje oczy się zaśmiały. Już się w nim widziałam. Praktyczny Konrad jednak stwierdził, że na nasze wyjazdy auto jest za małe. Takie typowo miejskie. Nie ma szans, by się mieściły moje niezbędniki wyjazdowe, bo bagażnik był niewielki. Mężczyzna wyjeżdża na weekend w spa z jedną reklamówką, a kobieta na same swoje buty potrzebuje walizki. Przykład ze skeczu jak najbardziej jest w naszym przypadku prawdą :). Znajomy sprzedawca z salonu przedstawił więc nam inne auto, które dostojnie stało sobie nieco na uboczu. I to było to ! Ponieważ jeśli coś ma być twoje, coś ma zaistnieć w twoim życiu, to wszystko we wszechświecie ci sprzyja, tak też było i w naszym przypadku. Niedobory finansowe zostały sprawnie uzupełnione i po 3 dniach wyjechaliśmy naszą nóweczką z salonu. Oj tak, będziemy mieli co comiesięcznie spłacać, ale nasze zadowolenie jest tego warte.